18.11.2024, 11:54 ✶
- J-jeszcze się o tym przekonasz.
Nie mówił więcej, ale tym razem nie z braku potrzeby mówienia lub strachu przed złym sformułowaniem myśli - tym razem milczał, bo im dłużej leżał na tej ziemi, próbując ustabilizować oddech, tym mocniej bolała go klatka piersiowa. Nie odtrącił od siebie rąk Laurenta, ale widać było, że nie czerpie z tego takiej przyjemności jak zwykle - powodem były chwilowe zawroty głowy od zbyt dużego wyczerpania. Na papierze brzmiało to bardzo źle, w praktyce, tej scenie... Osiągnął dokładnie to co zamierzał. Pustkę i obojętność wywołaną skrajnym przemęczeniem każdej komórki swojego ciała. Nie był nawet w stanie wciągnąć na siebie blondyna bez użycia magii - normalnie podniósłby go i ułożył na swoich kolanach, tym razem pomogła mu w tym translokacja. Mając w tej pozycji, ulokowanego bokiem na swoich udach, przytulił go. Najwyraźniej nie obchodziło go to co usłyszał rano - to zdanie o umyciu się, odebrane przez niego przynajmniej jak lekki przytyk - teraz śmierdział dużo gorzej i tak czy siak narzucił mu bycie obok. Tylko po to, żeby po takim wyznaniu, dokładnie takim jakie sobie życzył, słowo po słowie wymuszonego pomiędzy kolejnymi sapnięciami, znowu oferować mu jedno wielkie nic.
Ciężko było nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że był cholernym manipulantem. Samolubnym manipulantem. Takim chcącym przysunąć do siebie talerz ciastek żeby pod żadnym pozorem nikt nie wsadzał do niego swoich brudnych łap... ale on też tego nie robił. Zachłanność? To i jeszcze... Głupota. Tak, był cholernie głupi jak na kogoś tak zdolnie i sprawnie wymuszającego rzeczy, strojącego rzeczywistość na swoją korzyść. Bo oto potrzebował zbierać się w sobie do odezwania i proszę - mógł to zrobić, kupił sobie nieskończoność czasu. Nawet bez zatykania ust. Na tym bezludziu nikt im nie przerwie. Nikt nie stał nad ich głowami, nic tutaj nie przypominało o wczorajszym ataku. Bezkresna szarość, nijakość. Nie było tu absolutnie nic, a Laurent nie potrafił się stąd wydostać. Jeżeli nie kłamał i nikt mu lepszego pierścionka nie ofiarował - utknął tutaj z kimś niespełna rozumu. Kimś o kim mówił, że go kochał, ale tak naprawdę nie miał jeszcze okazji go prawdziwie poznać.
- Chciałem wyjechać do Ameryki - rzucił, kilkanaście sekund po zostaniu pocałowanym w czoło. Oczywiście nie brzmiało to tak dobrze jak w jego głowie, więc zrobił bardzo dziwną minę i odchylił głowę do tyłu opierając ją o siedzenie. Jedną ręką obejmował Laurenta w pasie, drugą przejechał po jego wargach, ale tym razem nie przycisnął palców do jego warg na znak, że ma nic nie mówić. Prewett musiał domyślić się tego sam - kiedy tylko mu przerwie, Crow straci wątek. - Żeby się zabić. Przestała kochać mnie z dwa lata wcześniej, ale kiedy zakochałem się w kimś nowym to przyszła powiedzieć mi, że go zamorduje. Nie miałem... Nic.
Nic oprócz tego planu idealnego. Zobaczyć kilka rzeczy, o których zobaczeniu marzył jako dzieciak, a później... mógłby strzelić sobie w głowę. Później nic nie miało znaczenia.
- Pojechałem tam żeby pożegnać się ze swoim ojcem, żeby go przeprosić za bycie takim śmieciem, ale jego już nie było. Był Alexander stojący dumnie w namiocie zarządcy. Poznał mnie od razu i jebnął mi w twarz tak mocno, że zobaczyłem światło. - Wtedy wydawało mu się jeszcze, że na to uderzenie zasłużył. Kiedy ktoś go o to zapytał przyznawał w jego obronie: dobrze zrobił, mówił do mnie zrozumiałym językiem. Po czasie, kiedy kolejny raz zaciskał oczy przygotowany na przyjęcie ciosu zaczynał dostrzegać w tym pewien problem. - A później przyjął mnie znowu. Pozwolili mi pracować w swoim warsztacie, dali mi cokolwiek nad czym mógłbym spędzać czas.
Wygiął się w tył jeszcze mocniej.
- On nie nienawidzi ciebie. - Fundamenty niechęci zbudował natomiast na tym, co usłyszał od Crowa. - On nienawidzi mojego życia na Ścieżkach. Nigdy nie chciał o tym słuchać i wykorzystywał to, że mało mówię. „Czekał” aż powiem mu prawdę. Ale kiedy prawdą okazywało się to, że nie mam już 10 lat, że jestem kimś zupełnie innym, to go niszczyło. Obiecałem mu, że jeżeli będzie mnie chciał, to zawsze do niego wrócę, ale nie wydaje mi się, żeby on chciał mnie. - Pomijał w ogóle fakt powątpiewania w to, że Alexander był gejem. Wystarczyło poczucie bycia niechcianym, kimś kto nie pasował do obrazka. Był dla niego zbyt brudny, za mało wesoły, niewystarczająco chętny do współpracy. - Zniszczyłem jego fantazję. Jestem... Bardziej tym oblechem z Podziemi, który tak desperacko chciał cię przelecieć, niż bratem którego pragnął.
Nie mówił więcej, ale tym razem nie z braku potrzeby mówienia lub strachu przed złym sformułowaniem myśli - tym razem milczał, bo im dłużej leżał na tej ziemi, próbując ustabilizować oddech, tym mocniej bolała go klatka piersiowa. Nie odtrącił od siebie rąk Laurenta, ale widać było, że nie czerpie z tego takiej przyjemności jak zwykle - powodem były chwilowe zawroty głowy od zbyt dużego wyczerpania. Na papierze brzmiało to bardzo źle, w praktyce, tej scenie... Osiągnął dokładnie to co zamierzał. Pustkę i obojętność wywołaną skrajnym przemęczeniem każdej komórki swojego ciała. Nie był nawet w stanie wciągnąć na siebie blondyna bez użycia magii - normalnie podniósłby go i ułożył na swoich kolanach, tym razem pomogła mu w tym translokacja. Mając w tej pozycji, ulokowanego bokiem na swoich udach, przytulił go. Najwyraźniej nie obchodziło go to co usłyszał rano - to zdanie o umyciu się, odebrane przez niego przynajmniej jak lekki przytyk - teraz śmierdział dużo gorzej i tak czy siak narzucił mu bycie obok. Tylko po to, żeby po takim wyznaniu, dokładnie takim jakie sobie życzył, słowo po słowie wymuszonego pomiędzy kolejnymi sapnięciami, znowu oferować mu jedno wielkie nic.
Ciężko było nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że był cholernym manipulantem. Samolubnym manipulantem. Takim chcącym przysunąć do siebie talerz ciastek żeby pod żadnym pozorem nikt nie wsadzał do niego swoich brudnych łap... ale on też tego nie robił. Zachłanność? To i jeszcze... Głupota. Tak, był cholernie głupi jak na kogoś tak zdolnie i sprawnie wymuszającego rzeczy, strojącego rzeczywistość na swoją korzyść. Bo oto potrzebował zbierać się w sobie do odezwania i proszę - mógł to zrobić, kupił sobie nieskończoność czasu. Nawet bez zatykania ust. Na tym bezludziu nikt im nie przerwie. Nikt nie stał nad ich głowami, nic tutaj nie przypominało o wczorajszym ataku. Bezkresna szarość, nijakość. Nie było tu absolutnie nic, a Laurent nie potrafił się stąd wydostać. Jeżeli nie kłamał i nikt mu lepszego pierścionka nie ofiarował - utknął tutaj z kimś niespełna rozumu. Kimś o kim mówił, że go kochał, ale tak naprawdę nie miał jeszcze okazji go prawdziwie poznać.
- Chciałem wyjechać do Ameryki - rzucił, kilkanaście sekund po zostaniu pocałowanym w czoło. Oczywiście nie brzmiało to tak dobrze jak w jego głowie, więc zrobił bardzo dziwną minę i odchylił głowę do tyłu opierając ją o siedzenie. Jedną ręką obejmował Laurenta w pasie, drugą przejechał po jego wargach, ale tym razem nie przycisnął palców do jego warg na znak, że ma nic nie mówić. Prewett musiał domyślić się tego sam - kiedy tylko mu przerwie, Crow straci wątek. - Żeby się zabić. Przestała kochać mnie z dwa lata wcześniej, ale kiedy zakochałem się w kimś nowym to przyszła powiedzieć mi, że go zamorduje. Nie miałem... Nic.
Nic oprócz tego planu idealnego. Zobaczyć kilka rzeczy, o których zobaczeniu marzył jako dzieciak, a później... mógłby strzelić sobie w głowę. Później nic nie miało znaczenia.
- Pojechałem tam żeby pożegnać się ze swoim ojcem, żeby go przeprosić za bycie takim śmieciem, ale jego już nie było. Był Alexander stojący dumnie w namiocie zarządcy. Poznał mnie od razu i jebnął mi w twarz tak mocno, że zobaczyłem światło. - Wtedy wydawało mu się jeszcze, że na to uderzenie zasłużył. Kiedy ktoś go o to zapytał przyznawał w jego obronie: dobrze zrobił, mówił do mnie zrozumiałym językiem. Po czasie, kiedy kolejny raz zaciskał oczy przygotowany na przyjęcie ciosu zaczynał dostrzegać w tym pewien problem. - A później przyjął mnie znowu. Pozwolili mi pracować w swoim warsztacie, dali mi cokolwiek nad czym mógłbym spędzać czas.
Wygiął się w tył jeszcze mocniej.
- On nie nienawidzi ciebie. - Fundamenty niechęci zbudował natomiast na tym, co usłyszał od Crowa. - On nienawidzi mojego życia na Ścieżkach. Nigdy nie chciał o tym słuchać i wykorzystywał to, że mało mówię. „Czekał” aż powiem mu prawdę. Ale kiedy prawdą okazywało się to, że nie mam już 10 lat, że jestem kimś zupełnie innym, to go niszczyło. Obiecałem mu, że jeżeli będzie mnie chciał, to zawsze do niego wrócę, ale nie wydaje mi się, żeby on chciał mnie. - Pomijał w ogóle fakt powątpiewania w to, że Alexander był gejem. Wystarczyło poczucie bycia niechcianym, kimś kto nie pasował do obrazka. Był dla niego zbyt brudny, za mało wesoły, niewystarczająco chętny do współpracy. - Zniszczyłem jego fantazję. Jestem... Bardziej tym oblechem z Podziemi, który tak desperacko chciał cię przelecieć, niż bratem którego pragnął.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.