18.11.2024, 09:46 ✶
Gdyby Charlotte znała plany Anthony’ego, pokręciłaby tylko z politowaniem głową i spytała, po co się tak męczyć i doprowadzać do upadku całą agencję – skoro znacznie lepiej zadziała nakłonienie ich, aby najpierw dali Electrze dwa czy trzy męczące, mało opłacalne zlecenia, a jeśli nie zrezygnowałaby sama, zwolnili ją. Najlepiej nie płacąc za ostatnią robotę. To powinno zniechęcić Prewettównę do pracy w świecie mugoli, zwłaszcza że nie miałaby narzędzi do domagania się swoich prac… Chociaż po prawdzie i tym nie zamierzała zawracać póki co sobie głowy: bardziej była skupiona na próbach przekonania syna, że towarzystwo goblinów nie jest dla niego odpowiednie.
– Oczywiście, nie krępujcie się. Zapakuję Electrze kawałek ciasta do domu – powiedziała, uśmiechając się ciepło, wcielenie gościnności po prostu. Odprowadziła młodzież spojrzeniem, i dopiero kiedy zamknęły się za nimi drzwi pokoju Jessiego, uśmiech rozpłynął się, a w oczy wkradł się chłód.
– Cóż. Przynajmniej nie ma metr trzydzieści wzrostu i włosów w uszach – stwierdziła przyciszonym tonem. Co jak co, ale Electra nie przypominała goblina. – Może powinnam porozmawiać z właścicielką apteki na Pokątnej, zdaje się, że jej dzieci są tylko parę lat starsze od bliźniaków – westchnęła, zanim dopiła herbatę. Byliby idealni: nie Gryfoni, związani z przemysłem farmaceutycznym, a więc branżą dość spokojną, nie mający nic wspólnego z mugolami, ale półkrwi, więc na pewno dalecy od konserwatyzmu. – Wszędzie piszą o zaręczynach jednego z ich synów z jakąś gwiazdką quidditcha. Szkoda, że Dołohova należałoby utopić w jakiejś w miarę możliwości płytkiej kałuży, bo widziałam jakiś czas temu jego córkę, i wyglądała na damę, pewnie dogadałaby się z Ritą.
Charlotte pokręciła głową, z pewnym zmęczeniem: dlaczego znalezienie odpowiedniego towarzystwa dla dzieci musiało być takim wyzwaniem? Po tych słowach podniosła się z miejsca i zgodnie z zapowiedzią zabrała się do pakowania ciasta dla Electry Prewett.
W końcu była bardzo dobrą mamą, zawsze miłą dla przyjaciół swoich dzieci, prawda?
– Oczywiście, nie krępujcie się. Zapakuję Electrze kawałek ciasta do domu – powiedziała, uśmiechając się ciepło, wcielenie gościnności po prostu. Odprowadziła młodzież spojrzeniem, i dopiero kiedy zamknęły się za nimi drzwi pokoju Jessiego, uśmiech rozpłynął się, a w oczy wkradł się chłód.
– Cóż. Przynajmniej nie ma metr trzydzieści wzrostu i włosów w uszach – stwierdziła przyciszonym tonem. Co jak co, ale Electra nie przypominała goblina. – Może powinnam porozmawiać z właścicielką apteki na Pokątnej, zdaje się, że jej dzieci są tylko parę lat starsze od bliźniaków – westchnęła, zanim dopiła herbatę. Byliby idealni: nie Gryfoni, związani z przemysłem farmaceutycznym, a więc branżą dość spokojną, nie mający nic wspólnego z mugolami, ale półkrwi, więc na pewno dalecy od konserwatyzmu. – Wszędzie piszą o zaręczynach jednego z ich synów z jakąś gwiazdką quidditcha. Szkoda, że Dołohova należałoby utopić w jakiejś w miarę możliwości płytkiej kałuży, bo widziałam jakiś czas temu jego córkę, i wyglądała na damę, pewnie dogadałaby się z Ritą.
Charlotte pokręciła głową, z pewnym zmęczeniem: dlaczego znalezienie odpowiedniego towarzystwa dla dzieci musiało być takim wyzwaniem? Po tych słowach podniosła się z miejsca i zgodnie z zapowiedzią zabrała się do pakowania ciasta dla Electry Prewett.
W końcu była bardzo dobrą mamą, zawsze miłą dla przyjaciół swoich dzieci, prawda?
Postać opuszcza sesję