— W kwestii animagii pozostawię wam wolną rękę. Po prostu nie dajcie się złapać nikomu w tej formie, jeśli postanowicie wcielić w życie jakiś plan — skomentował, siląc się na beztroski ton.
Nie mógł im za bardzo pomóc, jeśli chodziło o przemiany. Owszem, teoretycznie mógł spróbować się zmienić w wilkołaka poza pełnią i zostawić całą resztę w rękach losu, ale... Niewiadomych był zbyt wiele. W nagłych wypadkach, gdyby stał na skraju przepaści, być może rozważyłby tę ewentualność, ale w zwykłych warunkach? Lepiej było trzymać się tego, co było pewne i sprawdzone, chociażby dla bezpieczeństwa wszystkich wokół.
Poza tym wilk pędzący po lesie w tych okolicach nie wydałby się niczym dziwnym w porównaniu z człekokształtnym wilkołakiem. To dopiero mogłoby wywołać panikę. Nie pozostawało mu więc nic innego, jak tylko liczyć, że Brenna będzie w stanie zapanować nad Charliem, jeśli oboje dostaną przydział wykorzystujący ich ponadprzeciętne zdolności.
— Oczywiście, że nie. Ty po prostu pozwalasz swoim ciuchom swobodnie oddychać — odparł Erik z przekorą w głosie, ukrywając uśmiech, chcący wedrzeć się na jego twarz. — Nie ma w tym nic złego. Rozumiem, że książki są bliższe Twojemu sercu. Co tam ostatnio Ci przypadło go gustu... Władca Pierścienia, czy Baśnie o Narnii?
To, że wiedział o upodobaniach siostry i czasami je dzielił, nie oznaczało, że miał idealną pamięć. Na przykład, tytułów mugolskich książek. Uniósł wysoko brwi na komentarz Rookwooda i aż mu zabrakło słów z wrażenia. Nie każdego dnia miał okazję słuchać tak bezpośrednich komplementów, na dodatek skierowanych do własnej siostry. Spojrzał czujnie na chłopaka, a potem na Brennę, jakby starał się wybadać, czy między tą dwójkę przypadkiem nie narodziła się jakaś chemia. Uśmiechnął się kwaśno, w gruncie rzeczy nie wiedząc co powiedzieć. Cóż, jeśli słowa Charlesa na cokolwiek wskazywały, to może Bren nie była kompletnie stracona. Może rodzice i kuzynki doczekają się ślubu, o którym ot tak dawna marzą.
— Nawet jeśli czegoś nie wiesz, to szybko się nauczysz. Nora jest dosyć cierpliwa, a już zwłaszcza w kuchni — rzucił do Charliego pogodnie. W sumie, jeśli chciała osiągnąć sukces w tej dziedzinie kulinariów, to musiała się przyzwyczaić do tego, że pewne rzeczy były niemożliwe do przyspieszenia. To zdecydowanie wpływało na to, że musiała się przystosować do tego, że nie każdy efekt można było osiągnąć w ciągu pięciu minut.
Jakby się tak nad tym zastanowić, to kluczem do dosyć grubej księgi kontaktów zdobytych przez Longbottomów nie było rodzinne dziedzictwo, czy to, że ród był znany w wyższych kręgach z uwagi na czystokrwiste pochodzenie. Jeśli w ostatnich pokoleniach rodzina coś udowodniła społeczeństwu, to był to fakt, że nie identyfikowali się w pełni ze wszystkimi doktrynami, których wyznawania oczekiwano od rodzin czystej krwi. I okazywali to całkiem otwarcie. Chyba tylko cudem udało im się zachować równowagę, gdzie jednocześnie nikogo nie dyskryminowali, ale też starali się podkreślać wagę wieloletnich tradycji ich społeczności.
Siatka znajomości wywodziła się przede wszystkim z tego, że Longbottomowie polegali w niej na innych. Owszem, sami znali całkiem sporo osób, jednak gdyby spojrzeć na relacje, które nawiązali na własną rękę, to spora ich część zapewne ograniczałaby się do sąsiadów i pracowników Ministerstwa Magii. Dzięki temu, że nie bali się wypytywać innych o pomoc w chwilach wsparcia, zapewne nie poznaliby tzw. „znajomych znajomych”. A takie kontakty chwilami były na wagę złota, zwłaszcza przy niszowych problemach.
— Uważaj na ku... — Podniósł lekko głos, gdy chłopak zaczął grzebać przy pudełkach, a w powietrze wzbiła się chmura kurzu. Pomimo tego, że główna fala nie uderzyła w Erika, ten zaczął pokaszliwać, machając dłonią przed nosą, odganiając szarobure drobinki zawieszone w powietrzu. — Nie, gwoździe, to raczej nie problem. Ale trwałość magii...
Jeśli już się czegoś obawiał, to była to stałość zaklęć transmutacyjnych. Miał nadzieję, że wykorzystanie starych materiałów nie sprawi, że wykonane meble stracą nadmiernie na wytrzymałości. Gdyby ktoś jeszcze miał dołączyć do ich grona, to lepiej by było, gdyby pewnej nocy łóżko się pod nim nie załamało, bo magia osiągnęła swoje granice i nie mogła dalej uciągnąć wyczarowanej struktury.
— Dobrze, że Tobie przypadł do gustu, może jeszcze się do czegoś przyda. Osobiście, to zupełnie nie mój styl — skomentował, przechylając czubek głowy w bok, taksując Charliego zainteresowanym spojrzeniem, gdy ten dopasowywał pstrokaty kapelusz.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞