18.11.2024, 14:43 ✶
- Przyjąłeś to w bardzo wypaczony sposób - mruknął, przymykając oczy. Jego psychika działała w tych kwestiach w bardzo konkretny sposób - osoby na których mu zależało trzeba było chronić. I tak - w jego głowie istniało wiele elementów nie pasujących do tej układanki. Czerwcowa noc, po której wszystko zaczęło się sypać była najgorszym, najmniej pasującym puzzlem - pewnie zapodział się tu przypadkiem, a w rzeczywistości należał do innego zestawu? Prawda była taka, że gdyby wciąż dobrze odgrywał swoją rolę, gdyby nie chciał mieć Caina - wciąż żyliby razem, pozornie szczęśliwi. Mógłby utrzymywać go w przekonaniu, że wszystko jest w porządku. - Marzył przez lata o powrocie najbliższej mu osoby, ale zamiast niej do domu wrócił morderca, zboczeniec, oszust z podziemnego miasta. Spędziłem ten czas... Najgorzej jak się dało. Nie ma na to żadnego wytłumaczenia. - Tłumaczył go. Oczywiście, że go tłumaczył. Bo prawda była taka, że on też projektował tego młodego chłopaka na dorosłego faceta, który... Tak naprawdę to wiedział co robi. Wiedział kogo przyjmuje pod swój dach, kogo zaprasza do swojego łóżka, komu obiecuje, że ułoży jego życie i wszystko nabierze sensu.
Objął Laurenta mocniej, całując go w czubek głowy. Wraz z ustępującym szumem wracały do niego stłumione dźwięki harfy.
- Nie wiem za co mi dziękujesz - przyznał. Na pewno nie w kontekście jego słów. - Jestem... Obiektywnie złym człowiekiem. Zamiast mi dziękować powinieneś zakładać, że jestem zajebiście interesowny w tym co robię. - I wcale by się nie pomylił. Tak, był zajebiście skonfliktowany. Ze sobą. We własnej głowie. Ten niezwykły spór dotyczył tego czego on od Laurenta naprawdę chciał - z jednej strony wmawiał sobie, że wystarczyłoby mu to i owo, z drugiej - oh nie, on wcale nie chciał go wypuszczać. Chciał go mieć dla siebie, momentami paskudnie go uprzedmiatawiał, do poziomu od którego robiło mu się wstyd. - Nie boisz się mnie chociaż widziałeś do czego jestem zdolny. - Ludzie nie byli idealni i nie można było tego od nich oczekiwać, ale on... Posiadanie wad było kroplą w morzu problemów, jakie ze sobą przynosił.
I zadał te wszystkie pytania, ale nie odpowiedział na żadne z nich.
Objął Laurenta mocniej, całując go w czubek głowy. Wraz z ustępującym szumem wracały do niego stłumione dźwięki harfy.
- Nie wiem za co mi dziękujesz - przyznał. Na pewno nie w kontekście jego słów. - Jestem... Obiektywnie złym człowiekiem. Zamiast mi dziękować powinieneś zakładać, że jestem zajebiście interesowny w tym co robię. - I wcale by się nie pomylił. Tak, był zajebiście skonfliktowany. Ze sobą. We własnej głowie. Ten niezwykły spór dotyczył tego czego on od Laurenta naprawdę chciał - z jednej strony wmawiał sobie, że wystarczyłoby mu to i owo, z drugiej - oh nie, on wcale nie chciał go wypuszczać. Chciał go mieć dla siebie, momentami paskudnie go uprzedmiatawiał, do poziomu od którego robiło mu się wstyd. - Nie boisz się mnie chociaż widziałeś do czego jestem zdolny. - Ludzie nie byli idealni i nie można było tego od nich oczekiwać, ale on... Posiadanie wad było kroplą w morzu problemów, jakie ze sobą przynosił.
I zadał te wszystkie pytania, ale nie odpowiedział na żadne z nich.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.