- Śmierć może jawić się pod różnymi postaciami. - Yaxleyówna przecież też walczyła ze śmiercią, tyle, że w nieco inny sposób. Raczej próbowała uchronić przed nią mieszkańców niewielkich wiosek, którzy nie do końca radzili sobie z dzikimi stworzeniami. Wszystko zależy od punktu widzenia, czy któraś z tych walk była gorsza? No nie, nie zdaniem Geraldine, każdy robił co mógł, aby sobie z tym radzić, nie liczyły się metody, a to do czego one prowadziły.
Nie przestawała próbować. Tyle, że czuła powoli, że zaczynają ją boleć palce, nie były przystosowane do takich manualnych zabaw, nie była do tego stworzona, nigdy nie spędziła, aż tyle czasu próbując stworzyć cokolwiek swoimi rękoma. To zdecydowanie jej nie służyło.
- Mogę robić to, co mi się podoba, jestem zjebana i sama tak o sobie myślę, lepiej? - Nie zamierzała przestać, bo irytowała się coraz bardziej. Naprawdę nie znosiła, kiedy coś jej nie wychodziło. Lubiła wygrywać, uwielbiała pokazywać, że jest świetna we wszystkim, czego się dotknie. No, ale tym razem nic, a nic jej nie wychodziło, była na straconej pozycji i czuła się przez to beznadziejnie, trochę jak dzieciak zagubiony we mgle. Dostała od niego instrukcje, próbowała powtarzać jego ruchy, ale no nie, najwyraźniej nie umiała ich odtworzyć. Zdecydowanie miała chęć pierdolnąć to wszystko w pizdu i zająć się czymś przyjemniejszym.
- To nie jest mój wybór. - Odburknęła mu jeszcze. Mógł dostrzec grymas na jej twarzy, zdecydowanie nie była zadowolona z tego, że nic, a nic nie szła do przodu. Była skupiona - próbowała składać te jodełkę naprawdę uważnie, o czym mógł świadczyć język, który był przez nią wystawiany i przygryzany, kiedy przyglądała się uważnie bandażowi. Był to tik nad którym zupełnie nie panowała i właściwie w ogóle go nie zauważała.
- Możesz mieć pewność, że nie zamierzam w ten sposób spędzać większej ilości wieczorów, tylko ten jeden, nie ma szans, że będę się tak bawić do końca tygodnia. - Wiedza, którą dzisiaj nabędzie powinna jej wystarczyć, nie zamierzała się kompromitować już nigdy więcej. Nie sądziła zresztą, że coś okropnego się wydarzy jeśli to porzuci, raczej pogodziła się po prostu z tym, no, że nie została do tego stworzona. Bywa i tak.
- Ja pierdooooole. - Wyrwało jej się, kiedy po raz kolejny próbowała stworzyć mu na ręce kolejną jodełkę, tym razem naprawdę się zaparła i skorzystała z całych swoich sił, bardzo mocno zacisnęła bandaż, żeby mieć pewność, że ten splot za szybko się nie rozdupcy, jeśli to nie pomoże, to nie ma dla niej nadziei.
- Czy ty naprawdę sądzisz, że ja mam czas mieszać jakieś składniki, kiedy zapierdalam, albo spierdalam przed czymś, co chce mnie zeżreć? - To co do niej mówił było dla niej abstrakcją, coraz większą. Nie miała pojęcia, co właściwie sobie myśleli, kiedy stwierdzili, że nauczą ją podstaw udzielania pierwszej pomocy, to zdecydowanie nie miało się udać, nie kiedy w grę wchodziły jeszcze jakieś takie dziwne rzeczy.
- Zrozumiałe, ale niepotrzebne, nie będę ze sobą nosić takich ilości medykamentów, to nie ma sensu. - Cóż, postanowiła się z nim podzielić swoimi przemyśleniami, mimo, że nie były szczególnie błyskotliwe. Widziała, że Roise też nie jest szczególnie zadowolony z ich postępów (jakby w ogóle jakieś były).
- Wystarczy... mi... wiggenowy... - Przecedziła przez zęby, kiedy po raz kolejny skupiła się na tym, żeby zademonstrować mu swoją najwspanialszą jodełkę, po raz kolejny nie przestawała w to angażować całej siły, jaką miała. Spód, wierzch, spód, wierzch. Spód, wierzch, spód, wierzch. Jak najwięcej razy, tym razem nie odpuściła już na początku, tylko brnęła dalej, aby zabandażować mu jak największą część ręki, jakby to miało coś zmienić.
- Nie jestem aż taką ryzykantką, żeby stosować Episkey. - Burknęła jeszcze pod nosem, wolała nie korzystać z zaklęć o których nie miała żadnego pojęcia, bo wiedziała, że mogłoby się to dla niej skończyć nieciekawie. Wybierała więc zawsze, stary, sprawdzony wiggenowy - lekarstwo na wszystkie dole i niedole, nigdy jej nie zawiódł i jeszcze żyła, to był znak, że może nie powinna nic zmieniać w swoim życiu.
- Na szczęście nie jem nawet jednego jabłka dziennie. Zresztą kto je jabłka, żeby zapobiec kryzysowi. - Zupełnie jej to ze sobą nie grało. Coraz mniej rozumiała z tego jego gadania, czuła, że jej mózg zaczyna się zupełnie przepalać i jeszcze chwila i nic z niego nie zostanie. Dlaczego w ogóle chciała to robić?
[b] - Jakbyś nie zauważył, to nie robię nic innego, tylko cały czas się skupiam na tej pierdolonej jodełce. - Rzuciła jeszcze, kiedy po raz kolejny zakończyła swój jakże wspaniały opatrunek. Był może nieco krzywy, ale powienien się trzymać, na pewno się trzymał? Spoglądała niepewnie na Roisa, chcąc sprawdzić, czy może tym razem jej się udało.