Naprawdę? Aż tak to było pokraczne? To, że jest ci tak po ludzku, zwyczajnie przykro, że ktoś, o kogo dobro chcesz zadbać, z jakiegokolwiek powodu źle się czuł? Winy rzadko leżały po jednej ze stron, ale przemoc... nie musiał tego mówić na głos - w ciszy doskonale to wiedzieli i pamiętali. To, jak Laurent tej przemocy nie znosił. Przekładał to jednak na te "chłopski rozum". Mężczyźni lubili sobie czasem dać po mordzie, a ostatnio dziękował Atreusowi za to, że przypierdolił Nottowi, bo sam nie potrafił. Więc... może... nie wiedząc o tym, że potem był jeszcze raz i kolejny, a nieporozumienia i niechęci rosły między tamtą dwójką. Musiały urosnąć bardzo szybko... albo wcale się nie śpieszyły. To po prostu Crow był za bardzo przywiązany. Jak pies.
- Ludzie się zmieniają. Nawet jeśli czasem ciężko to zaakceptować. - Pojawia się wyparcie, niechęć, "kiedyś taki nie byłeś" i różne zdania czasem przykre. Coś, czego akurat nie doświadczył między Aydayą i Edwardem, ale to małżeństwo miało własne problemy. Jak zresztą każde. Nasłuchał się za to tego typu haseł zewsząd - nie było o nie trudno, skoro część małżeństw była aranżowana wręcz na siłę, a niektóre w młodym wieku. I później przychodziło rozczarowanie, kiedy się dojrzało. Tylko że nie powinien tutaj komentować nie wiedząc dokładnie, jaka była tam sytuacja. Dostał namalowany obraz, a musiał przypatrzeć się szczegółom. Tam tkwił Diabeł.
- Za podzielenie się historią. - Otworzenie się. Bo tym to właśnie było. Najwyraźniej potrzeba było wstrząsu anafilaktycznego, żeby do tego doszło, ale oto są! I w dodatku - żyją! Oby do tego samego wniosku doszedł Alexander (i to ten z jego domu, nie z cyrku), bo inaczej po powrocie zastanie w domu siostrę, Victorię, Florence i pewnie Atreusa, którzy będą wariowali, że znowu coś mu się stało. W beznadziei chwili jego głowa zrodziła żarcik, że może to jest rozwiązanie teraz - dać się porwać Dante, to ta czwórka z Flynnem włącznie sami go rozszarpią. - Nie wątpię w tą interesowność. Ale tak jak masz za co przepraszać, tak jak mam za co dziękować. - Na szczęście. - Pomyślałeś w swojej interesowności, że teraz sam stoisz na granicy? - Och, jak on to lubił! Jak bardzo lubił ten dźwięk serca i kiedy drżały struny głosowe. Całe ciało wydawało się wtedy wibrować, a on czuł się jeszcze lepiej niż pod taflą wody. - Potrafię dać wiele szans, ale te szanse nie są nieskończone. - Granica nie była zero jedynkowa, ale nie była aż taka giętka. - Nie boję się. - Przyznał mrukliwie. - Ponieważ wiem, że jesteś interesowny. I wiem, gdzie leży twój interes. Możesz zniszczyć świat dookoła, a ja będę się bał tylko tego, że pokaleczysz sobie ręce. - Bo tak w odwrocie... - A ty, Crow? Nie boisz się?