18.11.2024, 16:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.11.2024, 16:19 przez Brenna Longbottom.)
– O czym mamy nikomu nie mówić? – spytała bez mrugnięcia powieką. Bo oczywiście nie robili absolutnie niczego, o czym nie należało mówić krewnym, prawda?
Brenna chyba też jeszcze wierzyła, że dziadkowi na niej zależy – ta wiara miała zatrzeć się z czasem, w miarę jak coraz jaśniejsze stawało się, że ani nie będzie nigdy idealną dziedziczką rodu czystej krwi, ani Brygadzistką, trzymającą się ściśle litery prawa, a raczej taką, która jak trzeba, dorobi do P drugi brzuszek, żeby wyszło B, albo tu i ówdzie zapisze parę literek niewyraźnie. Ale nie chodziło o to, co ktoś miałby przeciwko, ale o to, że z tych wszystkich osób Brenna tak naprawdę bała się trochę wyłącznie swojej matki. Elise zresztą w ogóle była tą osobą, którą… bardzo trudno ignorować. A Quintessa... No, jej Brenna nie chciałaby martwić, poza tym na pewno krzyczałaby na wujka.
Dziewczyna wstrzymała oddech, otwierając klapę, i to wcale nie dlatego, że obawiała się, że w jej nos uderzą trujące opary.
Ku pewnemu zdumieniu Brygadzistki, nie zdarzyło się kompletnie nic. Nikt nie spróbował ich zamordować, nic nie poruszało się na dole, nie uruchomili żadnych pułapek. Nie żeby tego oczekiwała, chyba wolała, by nic się nie wydarzyło, a jednak… jednak była tak odrobinkę rozczarowana.
Odgoniona ruchem ręki wuja wycofała się dosłownie odrobinę, tak żeby dać mu pole manewru. Nie sprzeczała się bo, mimo wszystko, była żółtodziobem, a wujek Clemen Zawsze Wiedział, Co Robić. Gdy on zaglądał do środka, ona tknięta przeczuciem wyciągnęła rysik z kieszeni (i na pewno nie spodobało się to Rosie, uznałaby jak nic, że Brenna zanieczyszcza miejsce zbrodni) i namalowała na podłodze znaczek, wskazujący na klapę.
Bo oczywiście że zamierzała wejść do środka za wujem, nawet jeśli nie pierwsza, a oczyma wyobraźni widziała, jak klapa się zamyka i nikt ich już nigdy nie znajdzie.
Pochyliła się nad klapą, gdy Clemens schodził w dół. Różdżkę trzymała w ręku i w napięciu śledziła jego ruchy. „Ja idę pierwszy/a” było zdaniem bardzo często wypowiadanym w ich rodzinie, i kłótnia nie nastąpiła teraz tylko ze względu na różnicę wieku i doświadczenia – już kilka lat później nie było szans, aby Woody mógł przeforsować swoje w podobnej sytuacji, ale teraz… teraz Brenna była bardzo grzeczna, to jest została na górze, póki on schodził, tylko po to, by wpakować się na drabinę dosłownie w tej samej chwili, w której Detektyw Longbottom zawołał „halo!”. Ostrożność w jej wykonaniu oznaczała tyle, że nie zeskoczyła z połowy stopni, a dopiero po pokonaniu dwóch trzech odległości.
– Nie żyje? – zainteresowała się, spoglądając ku ciału. Zbladła może trochę, ale w słabym świetle nie było tego widać, a ogólnie nie reagowała gwałtownie. Nie prowadziła jeszcze żadnej sprawy związanej z trupami, ale mieli zajęcia w prosektorium, a poza tym… ten trup zdawał się jakoś mało realny. Jej wzrok powędrował ku rzeczom leżącym na blatach. Niby nie miała jeszcze wyrobionych nawyków, ale na szkoleniach słuchała, niczego więc nie dotknęła: spojrzała jednak ku notatkom i rozejrzała się uważnie, sprawdzając, co ciekawego znajduje się w laboratorium.
Brenna chyba też jeszcze wierzyła, że dziadkowi na niej zależy – ta wiara miała zatrzeć się z czasem, w miarę jak coraz jaśniejsze stawało się, że ani nie będzie nigdy idealną dziedziczką rodu czystej krwi, ani Brygadzistką, trzymającą się ściśle litery prawa, a raczej taką, która jak trzeba, dorobi do P drugi brzuszek, żeby wyszło B, albo tu i ówdzie zapisze parę literek niewyraźnie. Ale nie chodziło o to, co ktoś miałby przeciwko, ale o to, że z tych wszystkich osób Brenna tak naprawdę bała się trochę wyłącznie swojej matki. Elise zresztą w ogóle była tą osobą, którą… bardzo trudno ignorować. A Quintessa... No, jej Brenna nie chciałaby martwić, poza tym na pewno krzyczałaby na wujka.
Dziewczyna wstrzymała oddech, otwierając klapę, i to wcale nie dlatego, że obawiała się, że w jej nos uderzą trujące opary.
Ku pewnemu zdumieniu Brygadzistki, nie zdarzyło się kompletnie nic. Nikt nie spróbował ich zamordować, nic nie poruszało się na dole, nie uruchomili żadnych pułapek. Nie żeby tego oczekiwała, chyba wolała, by nic się nie wydarzyło, a jednak… jednak była tak odrobinkę rozczarowana.
Odgoniona ruchem ręki wuja wycofała się dosłownie odrobinę, tak żeby dać mu pole manewru. Nie sprzeczała się bo, mimo wszystko, była żółtodziobem, a wujek Clemen Zawsze Wiedział, Co Robić. Gdy on zaglądał do środka, ona tknięta przeczuciem wyciągnęła rysik z kieszeni (i na pewno nie spodobało się to Rosie, uznałaby jak nic, że Brenna zanieczyszcza miejsce zbrodni) i namalowała na podłodze znaczek, wskazujący na klapę.
Bo oczywiście że zamierzała wejść do środka za wujem, nawet jeśli nie pierwsza, a oczyma wyobraźni widziała, jak klapa się zamyka i nikt ich już nigdy nie znajdzie.
Pochyliła się nad klapą, gdy Clemens schodził w dół. Różdżkę trzymała w ręku i w napięciu śledziła jego ruchy. „Ja idę pierwszy/a” było zdaniem bardzo często wypowiadanym w ich rodzinie, i kłótnia nie nastąpiła teraz tylko ze względu na różnicę wieku i doświadczenia – już kilka lat później nie było szans, aby Woody mógł przeforsować swoje w podobnej sytuacji, ale teraz… teraz Brenna była bardzo grzeczna, to jest została na górze, póki on schodził, tylko po to, by wpakować się na drabinę dosłownie w tej samej chwili, w której Detektyw Longbottom zawołał „halo!”. Ostrożność w jej wykonaniu oznaczała tyle, że nie zeskoczyła z połowy stopni, a dopiero po pokonaniu dwóch trzech odległości.
– Nie żyje? – zainteresowała się, spoglądając ku ciału. Zbladła może trochę, ale w słabym świetle nie było tego widać, a ogólnie nie reagowała gwałtownie. Nie prowadziła jeszcze żadnej sprawy związanej z trupami, ale mieli zajęcia w prosektorium, a poza tym… ten trup zdawał się jakoś mało realny. Jej wzrok powędrował ku rzeczom leżącym na blatach. Niby nie miała jeszcze wyrobionych nawyków, ale na szkoleniach słuchała, niczego więc nie dotknęła: spojrzała jednak ku notatkom i rozejrzała się uważnie, sprawdzając, co ciekawego znajduje się w laboratorium.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.