18.11.2024, 21:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.11.2024, 21:57 przez Scarlett Mulciber.)
O spotkaniu z prababcią nie powiedziała nikomu - z małym wyjątkiem, którym był pewien wybitny i jakże urokliwy, młody malarz. Jakoś tak z przypadku czy przeznaczenia los chciał, że to jemu ostatnimi czasy zwykła się zwierzać.
Zwierzać, marudzić i zajmować przestrzeń osobistą. W końcu był jej przyjacielem. Chociaż chyba nikomu w swoim życiu nie nadała tak szybko tak ważnego przydomku. Zganiała to na język. Bowiem tu ludziom lekko przychodziło rzucać wielkie słowa, gdyż te nie miały tak wielkiej wagi.
Spotkanie z Philomeną budziło w niej dozę niepewności i swego rodzaju niepokój. I jak lubiła poczucie zagrożenia jakim raczył ją Malfoy, to tym razem nie mogła znaleźć powodu swoich odczuć. Przecież nie było to nic wielkiego, nic co by niosło za sobą tragiczne konsekwencję... prawda?
Przez moment nawet rozważała czy nie powiedzieć o spotkaniu ojcu, jednakże zrezygnowała. Ten miał i tak za dużo na głowie.
Opuszki jej palców delikatnie przesunęły się po rąbku czarnego kapelusza, poprawiając go, gdy przyszło jej stanąć przed drzwiami prababki do których zapukała.
Nie była pewna co do adresu, a widok kamerdynera skołował ją jeszcze bardziej. Czyżby pomyliła domostwa?
-Scarlett Mulciber, przyszłam odwiedzić prababcie - podjęła pewnym, spokojnym głosem, trzymając dumnie uniesioną głowę.
Mężczyzna wpuścił jasnowłosą do środka po czym zniknął, pozostawiając ją samą sobie w korytarzu. Powoli się rozejrzała, zastanawiając się czy to był aby na pewno dobry pomysł zgadzać się na spotkanie. Spodziewała się zastać coś zupełnie innego.
-Pani Mulciber czeka - aż podskoczyła, gdy głos kamerdynera wyrwał ją gwałtownie z myśli. Podążyła za nim, lustrując uważnie otoczenie. Nie była zachwycona, raczej zaniepokojona.
Wstąpiła do jadalni, szybko odnajdując wzrokiem tą od której dostała zaproszenie. Nie miała co do tego najmniejszej wątpliwości. Scarlett zastygła na moment w bezruchu, jakby nie była pewna czy powinna podejść.
Ubrana była elegancko, a w jej stroju dominowała czerń. Jakoś tak upodobała sobie ten kolor - Chociaż Baldwin mówił, że to nie kolor, a jego brak.
Odziana była w czarną koszulę z kokardką pod szyją, długie rozkloszowane spodnie sięgające do kostek, które do złudzenia przypominały spódnice, oraz czarne półbuty na obcasie. Na jej głowie spoczywał czarny kapelusz, który zsunęła powoli. Nie wypadało w końcu nosić nakrycia głowy w domu.
W wolnej dłoni trzymała torbę prezentową w kolorze szkarłatu.
Na pierwszy rzut oka wyglądała bardziej jak Malfoy, aniżeli Mulciber. Jej skóra była blada, alabastrowa. Włosy długie w odcieniu platyny, luźno spięte od tyłu dużą czarną kokardą. Zaś ślepia jasne, lazurowe o chłodnym i bystrym spojrzeniu.
-Najdroższa buniu - podjęła, a zaraz drgnęła, jakoby zrozumiała, że pod napływem myśli się zapomniała
-Prababciu - poprawiła się niezwłocznie, a na jej usta wpłynął niewinny, acz figlarny uśmiech. W jej głosie wyczuwalny był zagraniczny akcent. Nic zresztą dziwnego, większość życia spędziła w Norwegii.
Nie była pewna czy powinna dygnąć czy nie, toteż zwyczajnie skłoniła głowę w geście powitania, ale i szacunku.
Stukot jej własnych obcasów zdawał się odbijać echem w jej uszach, gdy spokojnym krokiem skracała dystans jaki dzielił obie kobiety.
Jasnowłosa przyglądała się starszej Mulciber z widocznym zainteresowaniem. Prababka była elegancka, ponadto emanowała od niej ogromna siła. To właśnie tak Scarlett chciałaby widzieć siebie na starość. Niezłamaną mimo przeciwności losu, emanując energią, która każe dwukrotnie się zastanowić nad własnymi słowami.
-Cieszę się, że mogę w końcu Cię poznać - wyznała, zatrzymując się przy białowłosej damie. Z bliska zdawała się jeszcze piękniejsza. Taka majestatyczna. Niczym obraz, jednak ta nie miała martwych oczu, które tylko czekały, aby pochwycić spoglądającego, a tym samym zabrać go do krainy koszmarów.
-Przyniosłam mały podarek - wyznała, darując sobie wzmiankę, że to nic wielkiego. To było nic wielkiego patrząc na jej mieszkanie. Jedynie czego nie żałowała to flaszki za co winna ucałować Baldwina. Wciąż uważała, że etykieta którą stworzył była piękna. Czy powinna pożałować, że nie przyszła z pustymi rękami? Nie, nawet jeśli kobiecie nie przypadnie do gustu podarek to nie żałowała. Nie wypadało przychodzić z pustymi rękami. Szczególnie przy tego typu okazjach. Co prawda spodziewała się starszej pani w równie starym, o wiele skromniejszym, mieszkaniu. Nie była świadoma gdzie zmierza. Może jednak powinna wcześniej porozmawiać z ojcem? Może ten by ją uświadomił.
Prezent postawiła, lub też podała do rąk własnych jeżeli ta po niego sięgnęła.
W torbie znajdywała się nalewka cytrynowa, ale to nie zawartość była tym co przykuwało wzrok. Wzrok przykuwała butelka - o fikuśnym kształcie, ozdobiona czarno-białym motywem drobnych listków i pnączy, które zaczarowane poruszały się delikatnie. Po stylizowanej etykiecie przechadzał się leniwie czarno-biały wyjątkowo gustowny kot w cylindrze i monoklu. Oprócz trunku w torbie znajdywało się również pudełeczko, a w nim ręcznie robiona bransoletka w którą wplecione były kamenie. Dwa turmaliny, dwa jaspisy dalmatyńskie, dwa granaty oraz na samym froncie malachit. Były wplecione tak, aby znajdywały się symetrycznie do siebie po innych stronach bransoletki. Kamienie nie były dobrane z przypadku, były jak najbardziej przemyślane, mimo że fakt marnej wiedzy na temat kobiety utrudniał skomponowanie czegokolwiek.
Jej wzrok na moment przesunął się z kobiety na stół, gdy kątem oka dostrzegła pewną nieprawidłowość. Ot mały szczegół, zdawałoby się nic nieznaczący. Starała się to zignorować, ale jej wzrok raz w czas powracał na stół. Jedna z bogackich durnostojek stała niesymetrycznie do pozostałych, toteż dziewczyna delikatnie, wierzchem dłoni ją przesunęła, a następnie obróciła delikatnie, aby na powrót zapanowała harmonia. Co się mówi starym bogatym paniom? Ma pani piękne mieszkanie? Miała, ale przecież doskonale o tym wiedziała. Tylko... te obrazy. Dlaczego wisiały tak wysoko?
-Oldemor*, dlaczego obrazy wiszą tak wysoko? - mruknęła w zadumie - Znaczy Szanowna prababciu - dodała zaraz.
Czy to była jakaś moda o której nie miała pojęcia? Może bogaci brytole tak robią i wieszają obrazy pod sufitem.
Przestań nazywać ją Bunią, głupia, bo zaraz się ciebie wyrzeknie w trybie ekspresowym. Wiedziała, że nie powinna, a jednak ów słowo miało o wiele większe pokłady czułości i ciepła od oficjalnej wersji. Może gdyby poznała ją jako mała dziewczynka to ich kontakty byłyby inne? Luźniejsze, cieplejsze. Od kobiety zdawał się bić chłód, ale czuła, że mimo wszystko serce ma. Jakieś. Może trochę skostniałe, a może ukazywane tylko tym zasłużonym?
-Ojciec nigdy nas sobie nie przedstawił, przykre to, ale zmienić tego nie mogę... - wymruczała w zadumie, wciąż wpatrując się w obraz - Cieszę się, że napisałaś. Zawsze mało mi było rodziny- wyznała szczerze, zgodnie z myślami i odczuciami. Jak wiele ją ominęło? Może to kula w płot i uniknęła kilku nowych traum, a może utraciła możliwość wsparcia. Nie tego finansowego, tego emocjonalnego, którego jako dziewczynka bardzo potrzebowała.
*Odemor - Prababcia z norweskiego.
Zwierzać, marudzić i zajmować przestrzeń osobistą. W końcu był jej przyjacielem. Chociaż chyba nikomu w swoim życiu nie nadała tak szybko tak ważnego przydomku. Zganiała to na język. Bowiem tu ludziom lekko przychodziło rzucać wielkie słowa, gdyż te nie miały tak wielkiej wagi.
Spotkanie z Philomeną budziło w niej dozę niepewności i swego rodzaju niepokój. I jak lubiła poczucie zagrożenia jakim raczył ją Malfoy, to tym razem nie mogła znaleźć powodu swoich odczuć. Przecież nie było to nic wielkiego, nic co by niosło za sobą tragiczne konsekwencję... prawda?
Przez moment nawet rozważała czy nie powiedzieć o spotkaniu ojcu, jednakże zrezygnowała. Ten miał i tak za dużo na głowie.
Opuszki jej palców delikatnie przesunęły się po rąbku czarnego kapelusza, poprawiając go, gdy przyszło jej stanąć przed drzwiami prababki do których zapukała.
Nie była pewna co do adresu, a widok kamerdynera skołował ją jeszcze bardziej. Czyżby pomyliła domostwa?
-Scarlett Mulciber, przyszłam odwiedzić prababcie - podjęła pewnym, spokojnym głosem, trzymając dumnie uniesioną głowę.
Mężczyzna wpuścił jasnowłosą do środka po czym zniknął, pozostawiając ją samą sobie w korytarzu. Powoli się rozejrzała, zastanawiając się czy to był aby na pewno dobry pomysł zgadzać się na spotkanie. Spodziewała się zastać coś zupełnie innego.
-Pani Mulciber czeka - aż podskoczyła, gdy głos kamerdynera wyrwał ją gwałtownie z myśli. Podążyła za nim, lustrując uważnie otoczenie. Nie była zachwycona, raczej zaniepokojona.
Wstąpiła do jadalni, szybko odnajdując wzrokiem tą od której dostała zaproszenie. Nie miała co do tego najmniejszej wątpliwości. Scarlett zastygła na moment w bezruchu, jakby nie była pewna czy powinna podejść.
Ubrana była elegancko, a w jej stroju dominowała czerń. Jakoś tak upodobała sobie ten kolor - Chociaż Baldwin mówił, że to nie kolor, a jego brak.
Odziana była w czarną koszulę z kokardką pod szyją, długie rozkloszowane spodnie sięgające do kostek, które do złudzenia przypominały spódnice, oraz czarne półbuty na obcasie. Na jej głowie spoczywał czarny kapelusz, który zsunęła powoli. Nie wypadało w końcu nosić nakrycia głowy w domu.
W wolnej dłoni trzymała torbę prezentową w kolorze szkarłatu.
Na pierwszy rzut oka wyglądała bardziej jak Malfoy, aniżeli Mulciber. Jej skóra była blada, alabastrowa. Włosy długie w odcieniu platyny, luźno spięte od tyłu dużą czarną kokardą. Zaś ślepia jasne, lazurowe o chłodnym i bystrym spojrzeniu.
-Najdroższa buniu - podjęła, a zaraz drgnęła, jakoby zrozumiała, że pod napływem myśli się zapomniała
-Prababciu - poprawiła się niezwłocznie, a na jej usta wpłynął niewinny, acz figlarny uśmiech. W jej głosie wyczuwalny był zagraniczny akcent. Nic zresztą dziwnego, większość życia spędziła w Norwegii.
Nie była pewna czy powinna dygnąć czy nie, toteż zwyczajnie skłoniła głowę w geście powitania, ale i szacunku.
Stukot jej własnych obcasów zdawał się odbijać echem w jej uszach, gdy spokojnym krokiem skracała dystans jaki dzielił obie kobiety.
Jasnowłosa przyglądała się starszej Mulciber z widocznym zainteresowaniem. Prababka była elegancka, ponadto emanowała od niej ogromna siła. To właśnie tak Scarlett chciałaby widzieć siebie na starość. Niezłamaną mimo przeciwności losu, emanując energią, która każe dwukrotnie się zastanowić nad własnymi słowami.
-Cieszę się, że mogę w końcu Cię poznać - wyznała, zatrzymując się przy białowłosej damie. Z bliska zdawała się jeszcze piękniejsza. Taka majestatyczna. Niczym obraz, jednak ta nie miała martwych oczu, które tylko czekały, aby pochwycić spoglądającego, a tym samym zabrać go do krainy koszmarów.
-Przyniosłam mały podarek - wyznała, darując sobie wzmiankę, że to nic wielkiego. To było nic wielkiego patrząc na jej mieszkanie. Jedynie czego nie żałowała to flaszki za co winna ucałować Baldwina. Wciąż uważała, że etykieta którą stworzył była piękna. Czy powinna pożałować, że nie przyszła z pustymi rękami? Nie, nawet jeśli kobiecie nie przypadnie do gustu podarek to nie żałowała. Nie wypadało przychodzić z pustymi rękami. Szczególnie przy tego typu okazjach. Co prawda spodziewała się starszej pani w równie starym, o wiele skromniejszym, mieszkaniu. Nie była świadoma gdzie zmierza. Może jednak powinna wcześniej porozmawiać z ojcem? Może ten by ją uświadomił.
Prezent postawiła, lub też podała do rąk własnych jeżeli ta po niego sięgnęła.
W torbie znajdywała się nalewka cytrynowa, ale to nie zawartość była tym co przykuwało wzrok. Wzrok przykuwała butelka - o fikuśnym kształcie, ozdobiona czarno-białym motywem drobnych listków i pnączy, które zaczarowane poruszały się delikatnie. Po stylizowanej etykiecie przechadzał się leniwie czarno-biały wyjątkowo gustowny kot w cylindrze i monoklu. Oprócz trunku w torbie znajdywało się również pudełeczko, a w nim ręcznie robiona bransoletka w którą wplecione były kamenie. Dwa turmaliny, dwa jaspisy dalmatyńskie, dwa granaty oraz na samym froncie malachit. Były wplecione tak, aby znajdywały się symetrycznie do siebie po innych stronach bransoletki. Kamienie nie były dobrane z przypadku, były jak najbardziej przemyślane, mimo że fakt marnej wiedzy na temat kobiety utrudniał skomponowanie czegokolwiek.
Jej wzrok na moment przesunął się z kobiety na stół, gdy kątem oka dostrzegła pewną nieprawidłowość. Ot mały szczegół, zdawałoby się nic nieznaczący. Starała się to zignorować, ale jej wzrok raz w czas powracał na stół. Jedna z bogackich durnostojek stała niesymetrycznie do pozostałych, toteż dziewczyna delikatnie, wierzchem dłoni ją przesunęła, a następnie obróciła delikatnie, aby na powrót zapanowała harmonia. Co się mówi starym bogatym paniom? Ma pani piękne mieszkanie? Miała, ale przecież doskonale o tym wiedziała. Tylko... te obrazy. Dlaczego wisiały tak wysoko?
-Oldemor*, dlaczego obrazy wiszą tak wysoko? - mruknęła w zadumie - Znaczy Szanowna prababciu - dodała zaraz.
Czy to była jakaś moda o której nie miała pojęcia? Może bogaci brytole tak robią i wieszają obrazy pod sufitem.
Przestań nazywać ją Bunią, głupia, bo zaraz się ciebie wyrzeknie w trybie ekspresowym. Wiedziała, że nie powinna, a jednak ów słowo miało o wiele większe pokłady czułości i ciepła od oficjalnej wersji. Może gdyby poznała ją jako mała dziewczynka to ich kontakty byłyby inne? Luźniejsze, cieplejsze. Od kobiety zdawał się bić chłód, ale czuła, że mimo wszystko serce ma. Jakieś. Może trochę skostniałe, a może ukazywane tylko tym zasłużonym?
-Ojciec nigdy nas sobie nie przedstawił, przykre to, ale zmienić tego nie mogę... - wymruczała w zadumie, wciąż wpatrując się w obraz - Cieszę się, że napisałaś. Zawsze mało mi było rodziny- wyznała szczerze, zgodnie z myślami i odczuciami. Jak wiele ją ominęło? Może to kula w płot i uniknęła kilku nowych traum, a może utraciła możliwość wsparcia. Nie tego finansowego, tego emocjonalnego, którego jako dziewczynka bardzo potrzebowała.
*Odemor - Prababcia z norweskiego.