Interesowność. Manipulacja. Przecież to było toksyczne. Gdyby to było kłamstwo... Nie było. Nawet jeśli nie było płomiennym wyznaniem szaleńczej miłości (choć i tak zdecydowanie stracił rozum, że tak dobrze czuł się w obecności takiego popierdoleńca, jak Crow) to nie było też kłamstwem. Słodyczą - oj tak. W zanadrzu miał jeszcze trochę soli - chyba właśnie na tym opierał się ten strach. Może właśnie to tak paraliżowało Flynna, że jakakolwiek myśl o otworzeniu dostępu do swojego umysłu równała się z zamknięciem tego świata na cztery spusty. Kiedy wiesz, że to wszystko może zostać użyte przeciwko tobie. Kiedy ktoś może cię skrzywdzić. Jak Fontaine. Jak Alexander? Jak kto jeszcze? Pewnie lista była całkiem długa. To jak uzbrojenie w nóż, włożenie go jasnowłosej selkie w chude palce. Jak zaproszenie, by zbliżył swoją chłodną dłoń do klatki piersiowej, a dalej? Dalej Laurent doskonale wiedział, co robić. Nie celujesz w mostek. Żebra. Wbijasz go pod kątem pod żebra. Dosięgnie celu. Wsuwany powoli, milimetr po milimetrze. Z obserwacją swojego uczynku... Szkoda, że sztylet, w który raz został uzbrojony jednak nie dosięgnął tego, co miał. Szkoda? Bez wyrzutów sumienia życie było o wiele prostsze. Zasłużył na to - chociaż Flynn ujął to chyba w ostrzejszych słowach. Ostrzejszych. Ostrych...
Coś rozedrgało również jego wnętrzem. Nie powinno, bo przecież to wszystko wcale nie miało wyrazu wszystkich bajek, o których opowiadał. Gdyby jednak wsłuchać się dostatecznie mocno to można było usłyszeć, że nie czekał na rycerza na białym rumaku. W lśniącej zbroi. Mógł być kary jak smoła ogier i matowy napierśnik zniszczony bitwami. Nie potrzebował rycerza, który zawalczy ze smokiem. Cóż to za problem? Smoka by przegadał. Namówiłby go jeszcze do tego, by użyczył mu swojego grzbietu i zobaczył z nim świat. Z Flynna był żaden rycerz - tak by powiedział każdy na niego patrzący. Błąd. Był zepsuty, nieokrzesany i... nazwał samego siebie różnymi już epitetami. Laurent miał po prostu słabość do wielkich, dzikich stworzeń, które mogłyby go złamać jednym kłapnięciem paszczy. A zamiast tego urywały ręce temu, kto podniósł ją na niego. Dzięki Bogu, że Duma nie zdążył tego zrobić z Astarothem. Dzięki Bogom, że Flynn nie zdążył tego zrobić z Astarothem.
Nabrał głębszego wdechu do klatki piersiowej. Spokojnego.
- Właśnie zrobiłeś kilka bardzo solidnych kroków w tym kierunku. - Nieco przykurczył ramiona, tak odruchowo, kiedy dłoń Flynna zabłądziła na jego szyję. Nie potrafił powiedzieć, czy Flynn sam teraz drży z nowego przypływu emocji i wzruszeń, czy już z zimna i przemęczenia. Być może drżał od wszystkiego na raz. Z uśmiechu przymrużył oczy na moment i pewnie gdyby miał więcej siły to nawet by się zaśmiał z tego pomniku. Cóż, była z niego narcystyczna primadonna, Róża z bajki Małego Księcia, która usychała bez modlitw. Na swój sposób Flynn był z tych wyznawców najlepszy w nich. Może konkurowałby z nim Esme. Różnica polegała na tym, że Esme nie był zainteresowany mężczyznami. - Twoje pomysły są urocze. - I pompują moje ego. Jak ten paw rozkładający ogon, tak on uchylił powieki, żeby spojrzeć na Flynna. Na to spojrzenie, które było jak pytanie, albo błaganie. Jak prośba. I może powinien się bać z uwagi na tamtą chwilę, kiedy był zbyt pijany, ale potem widział go takim... To była ostrożna wędrówka po linie. Laurent nie był akrobatą - Flynn już tak. Ale w poruszaniu się po relacjach im obu potrafiło to wychodzić tak samo nieudolnie.
Przysunął się do niego jeszcze bliżej, żeby musnąć jego usta. Raz. Drugi. Zaprosić go do małego mirażu doznań.
- Mam oprócz wolnej półki wolny pokój. Twój dziennik i twoje zgrabne pośladki by się tam zmieściły. - Miaał jeeszczee... - Na stałe miejsce w moim łóżku obawiam się, że trzeba zasłużyć. Dobrze ci idzie. - Zagarnął ręką jego krucze włosy w tył. - Zabierz nas do New Forest, Crow. Zanim aurorzy wstrząsną Wielką Brytanią w poszukiwaniu mnie.