To był Laurent, którego Flynn wyjątkowo polubił. Laurent stawiający na swoim, biorący z uśmiechem to, co do niego należało. I wreszcie, po naprawdę długim i męczącym czasie walki z własną naturą... mógł poczuć się prawdziwie oswobodzony z więzów normalności, jakie próbował zapleść na swoich dłoniach przez ostatnie miesiące. Laurent biorąc to, co do niego należało, powinien brać również jego.
Znów poczuł się... miękki. To, co mówił do niego ten przepiękny człowiek zatapiało się w nim jakby wykonano go z waty. Nie istniał słodszy głos mogący powiedzieć mu, że się spisał i przychodziło mu to tak naturalnie - nie musiał dopraszać się o bycie chwalonym, o bycie pieszczonym słowem i delikatnym dotykiem - Laurent to robił. Sam z siebie. Był w tym doświadczony? Miał wielu takich klientów...? Chciałby o tym posłuchać, o klientach Rose Noire, o tym jakie życzenia mieli ci płacący za godzinę z Lukrecją. Tak po prostu rozpuszczał jego ciało, doprowadzał go do tak silnego wrzenia, żeby Crow stęknął z podniecenia słysząc dobrze ci idzie.
Zrobił kroki w preferowanym kierunku.
Był uroczy.
Dobrze mu szło.
Tak naprawdę wystarczyłoby mu tyle. Za uratowanie mu życia, powstrzymanie się przed zabiciem tego wampira, za towarzyszenie mu w trakcie ciężkiej nocy i wygraną walkę ze swoimi skrzywieniami, żeby nie skrzywdzić go znów dotykiem którego nie chciał. Wystarczyłoby mu tyle - dobrze wypowiedziany komplement wydobywający się z tych chorowicie bladych ust. Ale dostał więcej - otrzymał kilka pocałunków, bezlitosny ucisk napięcia rozchodzącego się po podbrzuszu. W przeciwieństwie do Laurenta, Crow delikatny nie był. Przesunął dłoń z jego obojczyka na biodra i zacisnął na nich palce bardzo mocno, ale jeszcze bezboleśnie. Ułożył go sobie wygodniej, tak żeby to w jaki sposób ich ciała się stykały współgrało z tym gdzie odpłynęły teraz wszystkie jego myśli. W dół. Tam gdzie gnieździły się wyobrażenia Laurenta w kusym stroju, pochylającego się żeby podnieść przypadkiem upuszczony przedmiot, w rzeczywistości grającego na fantazjach każdego mężczyzny siedzącego przy stoliku i mogącego dostrzec choćby krawędź bielizny. Teraz też był pijany. Pijany drugim człowiekiem, ofiarowaną mu chwilą.
- Będę lepszy - zapowiedział. - Zasłużę. - Nie podważył miłosnego wyznania sprzed chwili, nawet jeżeli wydawało się kulawe w obliczu bezpośredniego wskazania mu, że nie był wystarczający.
Tym razem to on połączył ze sobą ich usta. Przycisnął go do siebie nachalnie, naparł na niego biodrami i zniknęli stąd z głośnym świstem. Sekundę później drzwi auta zamknęły się z głośnym trzaskiem.
Znów poczuł się... miękki. To, co mówił do niego ten przepiękny człowiek zatapiało się w nim jakby wykonano go z waty. Nie istniał słodszy głos mogący powiedzieć mu, że się spisał i przychodziło mu to tak naturalnie - nie musiał dopraszać się o bycie chwalonym, o bycie pieszczonym słowem i delikatnym dotykiem - Laurent to robił. Sam z siebie. Był w tym doświadczony? Miał wielu takich klientów...? Chciałby o tym posłuchać, o klientach Rose Noire, o tym jakie życzenia mieli ci płacący za godzinę z Lukrecją. Tak po prostu rozpuszczał jego ciało, doprowadzał go do tak silnego wrzenia, żeby Crow stęknął z podniecenia słysząc dobrze ci idzie.
Zrobił kroki w preferowanym kierunku.
Był uroczy.
Dobrze mu szło.
Tak naprawdę wystarczyłoby mu tyle. Za uratowanie mu życia, powstrzymanie się przed zabiciem tego wampira, za towarzyszenie mu w trakcie ciężkiej nocy i wygraną walkę ze swoimi skrzywieniami, żeby nie skrzywdzić go znów dotykiem którego nie chciał. Wystarczyłoby mu tyle - dobrze wypowiedziany komplement wydobywający się z tych chorowicie bladych ust. Ale dostał więcej - otrzymał kilka pocałunków, bezlitosny ucisk napięcia rozchodzącego się po podbrzuszu. W przeciwieństwie do Laurenta, Crow delikatny nie był. Przesunął dłoń z jego obojczyka na biodra i zacisnął na nich palce bardzo mocno, ale jeszcze bezboleśnie. Ułożył go sobie wygodniej, tak żeby to w jaki sposób ich ciała się stykały współgrało z tym gdzie odpłynęły teraz wszystkie jego myśli. W dół. Tam gdzie gnieździły się wyobrażenia Laurenta w kusym stroju, pochylającego się żeby podnieść przypadkiem upuszczony przedmiot, w rzeczywistości grającego na fantazjach każdego mężczyzny siedzącego przy stoliku i mogącego dostrzec choćby krawędź bielizny. Teraz też był pijany. Pijany drugim człowiekiem, ofiarowaną mu chwilą.
- Będę lepszy - zapowiedział. - Zasłużę. - Nie podważył miłosnego wyznania sprzed chwili, nawet jeżeli wydawało się kulawe w obliczu bezpośredniego wskazania mu, że nie był wystarczający.
Tym razem to on połączył ze sobą ich usta. Przycisnął go do siebie nachalnie, naparł na niego biodrami i zniknęli stąd z głośnym świstem. Sekundę później drzwi auta zamknęły się z głośnym trzaskiem.
Koniec sesji
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.