19.11.2024, 01:33 ✶
Dobrze, że Charles zrezygnował z prostolinijnego podrywu, bo rzeczywiście poszedłby na marne - co prawda nie dlatego, że urażona zostałaby brakiem wyszukania i dobrego smaku, a raczej dlatego, że przemknąłby nad jej głową niczym spadająca gwiazda, z którymi od dawna już nie wodziła wzrokiem, bo przecież doskonale wiedziała, że pobożne życzenia rzucane w eter zawsze zostaną obrócone wniwecz przez spisany od wieków los ludzkości.
Scylla działała inaczej. Była ponad tym wszystkim, choć nigdy nie ośmieliłaby się wywyższać.
- Nie przejmuj się dyskrecją. Przyszłość nie jest żadną tajemnicą - oznajmiła, a następnie wywróciła oczyma, ale nie zrobiła tego lekceważąco. Bardziej wyglądała tak, jakby przemknęła wzrokiem po wszystkich wyimaginowanych możliwościach. - Prędzej czy później, mam na myśli. - Uśmiechnęła się życzliwie. Każdy przecież kiedyś miał się dowiedzieć, co go czeka. Niektórzy po prostu dostawali nieco wcześniej zwiastun w formie prekognicji.
W cudzej opinii zawsze uchodziła za niewinną sarenkę, baranka, który aż prosi się, by złożyć go w ofierze. Patrzyła na ludzi tymi ogromnymi oczyma, niczym niepojmujące esencji otaczającej go rzeczywistości zwierzę, budząc w jednych współczucie, a w drugich politowanie. Inni z kolei odczuwali nagłą potrzebę roztoczenia opieki nad biedactwem, które wydawało się zorientowane. Było w tym dużo racji.
Każdy jednak zdawał się zapominać, że w każdym dzikim zwierzęciu natura uśpiła również agresję.
Nie chciała obnażać swych skotłowanych uczuć w ten sposób, nie znosiła, kiedy unosiła na innych głos. Dlatego kiedy Charles błyskał zębami w szerokim uśmiechu, unikała jego wzroku, wybiórczo słuchała jego słów, zastanawiając się nad tym, czy ktoś o tak dużych pokładach energii i bodźców dobrze na nią wpływa.
Zmieszała się wyraźnie, słysząc słowa o onieśmieleniu. Przemycony komplement i cała otoczka rozmowy, która zdawała się krążyć wokół niej w sposób zupełnie nieoczekiwany, wywołały na jej twarzy rumieniec. Zacisnęła usta, jakby szukała w myślach odpowiednich słów, lecz przez chwilę panowała między nimi cisza, przerywana jedynie cichym stukaniem magicznego moździerza.
- Namalowałeś mylny obraz mnie w swojej głowie - wymamrotała, spuszczając wzrok na swoje dłonie, które poprawiały fałdę na spódnicy. Jej głos był cichy, a ton zabarwiony lekkim zawstydzeniem. Nie była przyzwyczajona do takich rozmów ani do mężczyzn, którzy zdawali się mówić do niej w sposób tak... ciepły. Zaskakiwało ją to, choć nie umiała określić, czy bardziej ją to onieśmiela, czy raczej to żal wypala ją od środka na myśl, że będzie musiała mu wyjaśnić, z jakiego domu pochodzi i jak niewiele wspólnego ma z dobrem. - To nie twoja wina. Naniosę odpowiednie poprawki przy naszym następnym spotkaniu - oznajmiła enigmatycznie, błądząc wzrokiem wszędzie, ale nie zatrzymując się ani na moment na swoim rozmówcy.
Przez chwilę patrzyła na magicznie poruszający się moździerz, szukając w tym ruchu jakiegoś ukojenia dla swoich myśli, które nagle zaczęły plątać się niczym nitki w skomplikowanym splocie.
- Obydwoje będziemy mieć wolną sobotę - wyjawiła, możliwe, że w przypływie objawienia. - Odezwę się jednak. Gwoli potwierdzenia, że to się nie zmieni. - Na koniec wreszcie uniosła spojrzenie i uśmiechnęła się serdecznie. Nadal nie wiedziała, kiedy nastąpi śmierć członka jego rodziny. Przecież nadal mogła pokrzyżować im plany.
Zaplotła ręce za plecami, nerwowo ściskając ze sobą palce. Sprawnie, acz powoli obróciła się na pięcie i postąpiła kilka kroków w kierunku wyjścia. Były na tyle taneczne, by można było uznać, że Scylla zdaje się być podekscytowana.
- Do zobaczenia, Charlie - rzuciła na odchodne, odwracając się na moment, by spojrzeć na chłopaka przez ramię. Zostawiła go ze swoim nieśmiałym uśmiechem i stukaniem moździerza.
Scylla działała inaczej. Była ponad tym wszystkim, choć nigdy nie ośmieliłaby się wywyższać.
- Nie przejmuj się dyskrecją. Przyszłość nie jest żadną tajemnicą - oznajmiła, a następnie wywróciła oczyma, ale nie zrobiła tego lekceważąco. Bardziej wyglądała tak, jakby przemknęła wzrokiem po wszystkich wyimaginowanych możliwościach. - Prędzej czy później, mam na myśli. - Uśmiechnęła się życzliwie. Każdy przecież kiedyś miał się dowiedzieć, co go czeka. Niektórzy po prostu dostawali nieco wcześniej zwiastun w formie prekognicji.
W cudzej opinii zawsze uchodziła za niewinną sarenkę, baranka, który aż prosi się, by złożyć go w ofierze. Patrzyła na ludzi tymi ogromnymi oczyma, niczym niepojmujące esencji otaczającej go rzeczywistości zwierzę, budząc w jednych współczucie, a w drugich politowanie. Inni z kolei odczuwali nagłą potrzebę roztoczenia opieki nad biedactwem, które wydawało się zorientowane. Było w tym dużo racji.
Każdy jednak zdawał się zapominać, że w każdym dzikim zwierzęciu natura uśpiła również agresję.
Nie chciała obnażać swych skotłowanych uczuć w ten sposób, nie znosiła, kiedy unosiła na innych głos. Dlatego kiedy Charles błyskał zębami w szerokim uśmiechu, unikała jego wzroku, wybiórczo słuchała jego słów, zastanawiając się nad tym, czy ktoś o tak dużych pokładach energii i bodźców dobrze na nią wpływa.
Zmieszała się wyraźnie, słysząc słowa o onieśmieleniu. Przemycony komplement i cała otoczka rozmowy, która zdawała się krążyć wokół niej w sposób zupełnie nieoczekiwany, wywołały na jej twarzy rumieniec. Zacisnęła usta, jakby szukała w myślach odpowiednich słów, lecz przez chwilę panowała między nimi cisza, przerywana jedynie cichym stukaniem magicznego moździerza.
- Namalowałeś mylny obraz mnie w swojej głowie - wymamrotała, spuszczając wzrok na swoje dłonie, które poprawiały fałdę na spódnicy. Jej głos był cichy, a ton zabarwiony lekkim zawstydzeniem. Nie była przyzwyczajona do takich rozmów ani do mężczyzn, którzy zdawali się mówić do niej w sposób tak... ciepły. Zaskakiwało ją to, choć nie umiała określić, czy bardziej ją to onieśmiela, czy raczej to żal wypala ją od środka na myśl, że będzie musiała mu wyjaśnić, z jakiego domu pochodzi i jak niewiele wspólnego ma z dobrem. - To nie twoja wina. Naniosę odpowiednie poprawki przy naszym następnym spotkaniu - oznajmiła enigmatycznie, błądząc wzrokiem wszędzie, ale nie zatrzymując się ani na moment na swoim rozmówcy.
Przez chwilę patrzyła na magicznie poruszający się moździerz, szukając w tym ruchu jakiegoś ukojenia dla swoich myśli, które nagle zaczęły plątać się niczym nitki w skomplikowanym splocie.
- Obydwoje będziemy mieć wolną sobotę - wyjawiła, możliwe, że w przypływie objawienia. - Odezwę się jednak. Gwoli potwierdzenia, że to się nie zmieni. - Na koniec wreszcie uniosła spojrzenie i uśmiechnęła się serdecznie. Nadal nie wiedziała, kiedy nastąpi śmierć członka jego rodziny. Przecież nadal mogła pokrzyżować im plany.
Zaplotła ręce za plecami, nerwowo ściskając ze sobą palce. Sprawnie, acz powoli obróciła się na pięcie i postąpiła kilka kroków w kierunku wyjścia. Były na tyle taneczne, by można było uznać, że Scylla zdaje się być podekscytowana.
- Do zobaczenia, Charlie - rzuciła na odchodne, odwracając się na moment, by spojrzeć na chłopaka przez ramię. Zostawiła go ze swoim nieśmiałym uśmiechem i stukaniem moździerza.
Koniec sesji
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga