Paprotka nie czuła się dobrze podczas rozmów z matką, mimo że ta była bardzo wyrozumiała i na każdym kroku powtarzała, że ją kocha. Fernah wierzyła w to, ale nadal coś nie pozwalało jej, by czuć się w tych kontaktach na tyle spokojnie i pewnie, by rozmawiać o wszystkim i o niczym.
Po spotkaniu postanowiła przejść się po lesie i okolicznych łąkach, żeby odetchnąć od miastowego życia. W końcu nieczęsto miała okazję, żeby wyrwać się ze szpitala, więc czemu miałaby teraz nie skorzystać?
Widocznie los miał inne plany i uwzględnił w nich to, czym zajmowała się na co dzień. Wspięła się na jeden pagórek i ruszyła w dół, kiedy za jej plecami coś spadło z nieba i stoczyło się w dół, jak worek kartofli.
Stała oniemiała kilka sekund, które zdawały się wiecznością i wreszcie puściła się biegiem w dół zbocza, wyciągając różdżkę ze specjalnej kieszeni w spodniach. Wycelowała nią w turlającego się człowieka i rzuciła urok, by powstrzymać dalszy jego ruch.
Akcja nieudana
Niestety zaklęcie trafiło w trawę, gdzie przed momentem znajdowało się ciało. Fernah zaklęła pod nosem, nie przestając biec i zatrzymała się dopiero na samym dole, koło leżącego.
— Brenna?!
Zawołała zdziwiona, po tym, jak dopadła do kobiety i ostrożnie odwróciła ją na plecy.
— Brenna słyszysz mnie?