19.11.2024, 14:03 ✶
Siedziały na polanie, z dala od szkoły, z dala od wszystkiego. Nastrój robił się sam, nawet kilka pieprzonych świetlików, czy innych pieprzonych magicznych robaczków zaświeciło im uciekając spomiędzy ruszonych ździebeł trawy. Światło nocy tak pięknie rozlewało się na jasnych włosach Eden, Millie na ułamek sekundy pomyślała, ze nic dziwnego, że jej brat woli blondynki. Pomijając wspaniały charakter bogatej, zepsutej cizi siedzącej obok, jasne kosmyki okalały jej twarz czyniąc z niej anioła pośród twardej i szarej rzeczywistości.
Patrząc na Eden, Mildred nie zastanawiała się zbytnio, dlaczego czuje tak gwałtowne przyciąganie do kogoś, kto wydaje się jej całkowitym przeciwieństwem. Poddawała się instynktowi, który pchał ją ku niej z siłą, której nie mogła się już przeciwstawić. Może to przez tę zbroję, którą Malfoy nosiła tak nonszalancko – maskę perfekcji, cynizmu, kontroli? Zbroję, która Mildred przypominała gładki, wypolerowany marmur. Nienaganny, chłodny i odpychający, a jednak... w głębi jasnych oczu dostrzegała rysę. Te kroplę czarnego chaosu, którym była sama. Czy Eden patrząc w jej oczy, widziała bielmo perfekcjonizmu i chłodnej kalkulacji? Czy było to możliwe?
– Nie wiem czemu pytasz, skoro znasz odpowiedź. – Jej własny głos wydał się tak bardzo obcy, dobiegający jakby z nocnej przestrzeni, nienaturalnym drgnieniem tęsknego nokturnu. Księżyc, ta karta oznaczała podświadomość, wszystko to co ukryte, pragnienia, popędy, intuicję, ale w swej dzikiej i nieujarzmionej formie. Blask wskazywał drogę, ale też mamił, wykrzywiał cienie, dodawał znaczeń.
Eden była jak układanka, zbyt skomplikowana, by ją rozwiązać przy pojedynczym spotkaniu, zbyt fascynująca, by przestać próbować ją rozwiązać. Mildred zawsze rezonowała z istotami utkanymi tą samą nicią - chaotycznymi, szalonymi, brutalnymi w podejściu do życia, ale Eden, paradoksalnie, fascynowała ją swoim zdystnasowaniem – swoją zimną precyzją, która jednocześnie zdawała się maskować coś bardziej nieokiełznanego. Czy to właśnie w niej zobaczyła? To chciała w niej widzieć? Siebie samą, tylko w odbiciu?
Jej spojrzenie znów zatrzymało się na ustach Eden, które wypluwały jad, jakby broniły czegoś bardziej kruchego, ukrytego głębiej. Mildred poczuła, że jej własne usta drżą w niemym uśmiechu. Była szalona, prawda? Jak inaczej można wytłumaczyć fakt, że im bardziej Eden próbowała ją odepchnąć, tym bliżej chciała być? Czy czuła to samo? Czy zatracała się w tym szaleństwie razem z nią? Czy razem mogły na krótki moment poczuć dopełniającą się perfekcję?
– Więc obwiniam Cię – wyszeptała w jej usta, przypadkiem trąc chłodne wrześniową porą nosy o siebie. – Jesteś zbyt piękna, bym mogła się powstrzymać – dodała, nie wiedząc, czy mówi o jej twarzy, czy o wszystkim, co się pod nią kryje. Ostatni krok, zatarła między nimi ostatni cal, pozwalając by czerń stopiła się ze światłem, by krucza noc objęła miękkość księżycowego blasku. Ramiona same znalazły drogę by ją objąć, miękkie wargi zdradzały delikatność szalonej wiedźmy, łagodność pieczołowicie skrywaną przed światem, odsłoniętą dla Eden, mimo jej słów, dzięki jej słowom. W nieśmiałości, w drżeniu, w emocjonalnym skoku, otworzeniu się na doznanie biegunowo odległe od tego prawdziwego, fizycznego z astronomicznej wieży, choć gnający tętent serc jasno pokazywał, że było to równie szalone. Równie niebezpieczne.
Patrząc na Eden, Mildred nie zastanawiała się zbytnio, dlaczego czuje tak gwałtowne przyciąganie do kogoś, kto wydaje się jej całkowitym przeciwieństwem. Poddawała się instynktowi, który pchał ją ku niej z siłą, której nie mogła się już przeciwstawić. Może to przez tę zbroję, którą Malfoy nosiła tak nonszalancko – maskę perfekcji, cynizmu, kontroli? Zbroję, która Mildred przypominała gładki, wypolerowany marmur. Nienaganny, chłodny i odpychający, a jednak... w głębi jasnych oczu dostrzegała rysę. Te kroplę czarnego chaosu, którym była sama. Czy Eden patrząc w jej oczy, widziała bielmo perfekcjonizmu i chłodnej kalkulacji? Czy było to możliwe?
– Nie wiem czemu pytasz, skoro znasz odpowiedź. – Jej własny głos wydał się tak bardzo obcy, dobiegający jakby z nocnej przestrzeni, nienaturalnym drgnieniem tęsknego nokturnu. Księżyc, ta karta oznaczała podświadomość, wszystko to co ukryte, pragnienia, popędy, intuicję, ale w swej dzikiej i nieujarzmionej formie. Blask wskazywał drogę, ale też mamił, wykrzywiał cienie, dodawał znaczeń.
Eden była jak układanka, zbyt skomplikowana, by ją rozwiązać przy pojedynczym spotkaniu, zbyt fascynująca, by przestać próbować ją rozwiązać. Mildred zawsze rezonowała z istotami utkanymi tą samą nicią - chaotycznymi, szalonymi, brutalnymi w podejściu do życia, ale Eden, paradoksalnie, fascynowała ją swoim zdystnasowaniem – swoją zimną precyzją, która jednocześnie zdawała się maskować coś bardziej nieokiełznanego. Czy to właśnie w niej zobaczyła? To chciała w niej widzieć? Siebie samą, tylko w odbiciu?
Jej spojrzenie znów zatrzymało się na ustach Eden, które wypluwały jad, jakby broniły czegoś bardziej kruchego, ukrytego głębiej. Mildred poczuła, że jej własne usta drżą w niemym uśmiechu. Była szalona, prawda? Jak inaczej można wytłumaczyć fakt, że im bardziej Eden próbowała ją odepchnąć, tym bliżej chciała być? Czy czuła to samo? Czy zatracała się w tym szaleństwie razem z nią? Czy razem mogły na krótki moment poczuć dopełniającą się perfekcję?
– Więc obwiniam Cię – wyszeptała w jej usta, przypadkiem trąc chłodne wrześniową porą nosy o siebie. – Jesteś zbyt piękna, bym mogła się powstrzymać – dodała, nie wiedząc, czy mówi o jej twarzy, czy o wszystkim, co się pod nią kryje. Ostatni krok, zatarła między nimi ostatni cal, pozwalając by czerń stopiła się ze światłem, by krucza noc objęła miękkość księżycowego blasku. Ramiona same znalazły drogę by ją objąć, miękkie wargi zdradzały delikatność szalonej wiedźmy, łagodność pieczołowicie skrywaną przed światem, odsłoniętą dla Eden, mimo jej słów, dzięki jej słowom. W nieśmiałości, w drżeniu, w emocjonalnym skoku, otworzeniu się na doznanie biegunowo odległe od tego prawdziwego, fizycznego z astronomicznej wieży, choć gnający tętent serc jasno pokazywał, że było to równie szalone. Równie niebezpieczne.