19.11.2024, 16:52 ✶
Wpatrywał się w nią z niepokojem, czyżby zbierała się w sobie, żeby go wyrzucić za próg i wykonać w diabły? Nie miał tej swojej zwykłej maski wesołości i beztroski. Zdjął ją wchodząc do jej pokoju jako on, prawdziwy Thomas, nieobracający wszystkiego w żart i szczery.
Widok noża w dłoni Millie wywołał wspomnienia, ale wtedy to jego dłoń dzierżyła ostrze. I tylko zbieg okoliczności sprawił, że siedział tu teraz, a nie był kolejnym nazwiskiem na zimnej płycie kamienia. Wtedy wyklinał to, a teraz? Sam już nie wiedział, co miał dla niego świat, czy coś więcej poza cierpieniem? Badawczo spojrzał na kobietę, nieświadomie będąc odbiciem tego co czuła, niczym tafla jeziora. Jak miał jej odpowiedzieć na tamto, sam tego nie rozumiał, wielka dziura, którą miał zamiast serca nie była dla niego zrozumiała, wszelkie uczucia które w sobie miał spoczywały na dnie tej bezkresnej ciemności, jak miał je znać i rozumieć.
Jesteś nikim, nie ma dla ciebie nadziei
- Mogę jeśli wcześniej nie miałem życia - odpowiedział cicho, nie był silny, nie potrafił walczyć, a teraz? Musiał stawić jej czoła, odnaleźć w sobie siłę, żeby nie uciec z podkulonym ogonem. Choć na jego obliczu dobrze widoczny był strach i ból. tutaj nie musiał udawać, nie musił zgrywać kogoś kim nie był - a Figg był słabym człowiekiem.
Nie powstrzymywał jej, kiedy dawała upust swojej złości? Wiedział dobrze jak tłumiąc emocje rani się samego siebie, zostawiajac mentalne blizny na swojej duszy. Niemal czuł jak jej uczucia wylewają się z niej wraz ze słowami, jak wypełniają pomieszczenie i sprawiają, że ma trudności z oddychaniem. A jednocześnie chciał wstać i przygarnąć ją do siebie, zatopić w ramionach tylko co powie, jak będzie w stanie cokolwiek powiedzieć? "Będzie dobrze", pusty frazes rzucany w przestrzeń kiedy nie wiesz jak odpowiedzieć, jebać takich pocieszycieli, niech ich chuj strzeli.
Nic jej nie zaoferujesz, przynosisz jedynie cierpienie i ból, zobacz do czego ją doprowadziłeś
Obserwował ją, czując jak wylewająca się zn niej gorycz leci na niego, jak oblepiają go uczucia płynące od Millie. Czuł, że musi zareagować, jej ból sprawiał, że rozdzierało go od środka, nie chciał żeby cierpiała, ale w jaki sposób mógł zabrać jej ból, na to nie istniało żadne zaklęcie, a nawet jeśli, czy to był sposób? Przygryzł wnętrze policzka tak mocno z bezsilności aż poczuł metaliczny posmak w ustach. Nie miał prawa jej oceniać, a nawet jeśli to czy śmiałby? Sam nie był święty w poszukiwaniu sposobu by poczuć, że żyje.
Taaak, uciekaj, rozdrap czyjeś rany i zniknij
- Może i masz rację, może i nie powinienem bo tak mało o tobie wiem - zaczął nie będąc pewny, czy słyszy go podczas niszczenia swoich prac, a głos w głowie uparcie nie dawał mu chwili wytchnienia. Całkowicie puszczają mimo uszu pytanie o seks, nie zamierzał kłamać, że o tym nie myślał, ale w obecnej sytuacji nie było to coś zaprzątające jego umysł. Nie był tym typem, który teraz by rzucał "skończ dramaty i będziemy się ruchać", jeszcze tylko lśniącej zbroi mu brakowało.
Nie ruszył się jednak ani o milimetr w stronę wyjścia, jedni by powiedzieli że był zaślepiony uczuciami, inni, ze pewnie nadal jest naćpany. Prawda była jednak wiele prostsza i mniej skomplikowana - akceptował to jaka byłą Millie, nie widział jej w wyidealizowanym świetle, no może trochę, jednak był świadom, może nie wszystkiego co wykrzyczała, ale był i nie odrzucało go to.
- Ale wiem o tym, nic nie przeraża mnie bardziej niż to, że mógłbym pozwolić temu wysmyknąć się między palcami - pozwolił, aby reszta alkoholu ze szklanki przelała się mu przez gardło. Obserwował jak rama leci przez pokój, jak uderza w wazon, przepowiednia? Omen co go czeka? Jak dobre, że nie był przesądny. Podniósł się, nie z nową siłą, nie. żując przypływ mocy. Ale nie mógł siedzieć na łóżku i patrzeć na to beznamiętnie.
- Wiem, że nie ma ciebie bez twojego szaleństwa, że nie mogę mieć ciebie bez niego. - wyznał w końcu z każdym słowem mówiąc coraz głośniej robiąc powolne kroki ku niej. - Ale tak samo ja nie mogę ci ofiarować siebie bez mojego mroku. Ale gdy nasze demony będą tańczyć nie musi to oznaczać większej ciemności. Nikt nie jest bez skazy. Wiem, że masz ciernie, ale ja nie boję się krwawić - podniósł dłoń kładąc ją na ramieniu Millie.
- Nie jesteś nikim, nawet będąc w ciemnym miejscu, dla innych możesz być całym światem, jasnym punktem, który rozwiewa otaczający ich mrok - kontynuował. Co miał mówić? Że to nieprawda? Że podejmowała dobre decyzje? Że nigdy nie widziałem jej przez pryzmat jej brata? Zaprzeczać każdemu jej oskarżeniu które kierowała przeciwko sobie? Równie dobrze mógł jej by mówić, że powinna się cześciej uśmiechać i jakoś to będzie. Dlatego kontynuował, choć głos podszeptywał mu jak bardzo bezcelowe są jego wysiłki.
- Jesteśmy złamani przez życie, przez innych, ale czy to oznacza, że nie możemy szukać dla siebie czegoś więcej? - i choć pozwalał odpocząć umysłowi i mówił używając swojej duszy, pierwszy raz nie bojąc się oceniania, to lęk odrzucenia oplatał go niczym bluszcz opuszczony dom. - Znalazłem coś czego nie szukałem, coś nowego, czego nigdy nie znałem. Nie chcę tego odrzucać - cały czas trzymał dłoń na jej ramieniu jeżeli się nie wyrwała, prosty gest, że nie wybierał się nigdzie.
Widok noża w dłoni Millie wywołał wspomnienia, ale wtedy to jego dłoń dzierżyła ostrze. I tylko zbieg okoliczności sprawił, że siedział tu teraz, a nie był kolejnym nazwiskiem na zimnej płycie kamienia. Wtedy wyklinał to, a teraz? Sam już nie wiedział, co miał dla niego świat, czy coś więcej poza cierpieniem? Badawczo spojrzał na kobietę, nieświadomie będąc odbiciem tego co czuła, niczym tafla jeziora. Jak miał jej odpowiedzieć na tamto, sam tego nie rozumiał, wielka dziura, którą miał zamiast serca nie była dla niego zrozumiała, wszelkie uczucia które w sobie miał spoczywały na dnie tej bezkresnej ciemności, jak miał je znać i rozumieć.
Jesteś nikim, nie ma dla ciebie nadziei
- Mogę jeśli wcześniej nie miałem życia - odpowiedział cicho, nie był silny, nie potrafił walczyć, a teraz? Musiał stawić jej czoła, odnaleźć w sobie siłę, żeby nie uciec z podkulonym ogonem. Choć na jego obliczu dobrze widoczny był strach i ból. tutaj nie musiał udawać, nie musił zgrywać kogoś kim nie był - a Figg był słabym człowiekiem.
Nie powstrzymywał jej, kiedy dawała upust swojej złości? Wiedział dobrze jak tłumiąc emocje rani się samego siebie, zostawiajac mentalne blizny na swojej duszy. Niemal czuł jak jej uczucia wylewają się z niej wraz ze słowami, jak wypełniają pomieszczenie i sprawiają, że ma trudności z oddychaniem. A jednocześnie chciał wstać i przygarnąć ją do siebie, zatopić w ramionach tylko co powie, jak będzie w stanie cokolwiek powiedzieć? "Będzie dobrze", pusty frazes rzucany w przestrzeń kiedy nie wiesz jak odpowiedzieć, jebać takich pocieszycieli, niech ich chuj strzeli.
Nic jej nie zaoferujesz, przynosisz jedynie cierpienie i ból, zobacz do czego ją doprowadziłeś
Obserwował ją, czując jak wylewająca się zn niej gorycz leci na niego, jak oblepiają go uczucia płynące od Millie. Czuł, że musi zareagować, jej ból sprawiał, że rozdzierało go od środka, nie chciał żeby cierpiała, ale w jaki sposób mógł zabrać jej ból, na to nie istniało żadne zaklęcie, a nawet jeśli, czy to był sposób? Przygryzł wnętrze policzka tak mocno z bezsilności aż poczuł metaliczny posmak w ustach. Nie miał prawa jej oceniać, a nawet jeśli to czy śmiałby? Sam nie był święty w poszukiwaniu sposobu by poczuć, że żyje.
Taaak, uciekaj, rozdrap czyjeś rany i zniknij
- Może i masz rację, może i nie powinienem bo tak mało o tobie wiem - zaczął nie będąc pewny, czy słyszy go podczas niszczenia swoich prac, a głos w głowie uparcie nie dawał mu chwili wytchnienia. Całkowicie puszczają mimo uszu pytanie o seks, nie zamierzał kłamać, że o tym nie myślał, ale w obecnej sytuacji nie było to coś zaprzątające jego umysł. Nie był tym typem, który teraz by rzucał "skończ dramaty i będziemy się ruchać", jeszcze tylko lśniącej zbroi mu brakowało.
Nie ruszył się jednak ani o milimetr w stronę wyjścia, jedni by powiedzieli że był zaślepiony uczuciami, inni, ze pewnie nadal jest naćpany. Prawda była jednak wiele prostsza i mniej skomplikowana - akceptował to jaka byłą Millie, nie widział jej w wyidealizowanym świetle, no może trochę, jednak był świadom, może nie wszystkiego co wykrzyczała, ale był i nie odrzucało go to.
- Ale wiem o tym, nic nie przeraża mnie bardziej niż to, że mógłbym pozwolić temu wysmyknąć się między palcami - pozwolił, aby reszta alkoholu ze szklanki przelała się mu przez gardło. Obserwował jak rama leci przez pokój, jak uderza w wazon, przepowiednia? Omen co go czeka? Jak dobre, że nie był przesądny. Podniósł się, nie z nową siłą, nie. żując przypływ mocy. Ale nie mógł siedzieć na łóżku i patrzeć na to beznamiętnie.
- Wiem, że nie ma ciebie bez twojego szaleństwa, że nie mogę mieć ciebie bez niego. - wyznał w końcu z każdym słowem mówiąc coraz głośniej robiąc powolne kroki ku niej. - Ale tak samo ja nie mogę ci ofiarować siebie bez mojego mroku. Ale gdy nasze demony będą tańczyć nie musi to oznaczać większej ciemności. Nikt nie jest bez skazy. Wiem, że masz ciernie, ale ja nie boję się krwawić - podniósł dłoń kładąc ją na ramieniu Millie.
- Nie jesteś nikim, nawet będąc w ciemnym miejscu, dla innych możesz być całym światem, jasnym punktem, który rozwiewa otaczający ich mrok - kontynuował. Co miał mówić? Że to nieprawda? Że podejmowała dobre decyzje? Że nigdy nie widziałem jej przez pryzmat jej brata? Zaprzeczać każdemu jej oskarżeniu które kierowała przeciwko sobie? Równie dobrze mógł jej by mówić, że powinna się cześciej uśmiechać i jakoś to będzie. Dlatego kontynuował, choć głos podszeptywał mu jak bardzo bezcelowe są jego wysiłki.
- Jesteśmy złamani przez życie, przez innych, ale czy to oznacza, że nie możemy szukać dla siebie czegoś więcej? - i choć pozwalał odpocząć umysłowi i mówił używając swojej duszy, pierwszy raz nie bojąc się oceniania, to lęk odrzucenia oplatał go niczym bluszcz opuszczony dom. - Znalazłem coś czego nie szukałem, coś nowego, czego nigdy nie znałem. Nie chcę tego odrzucać - cały czas trzymał dłoń na jej ramieniu jeżeli się nie wyrwała, prosty gest, że nie wybierał się nigdzie.