19.11.2024, 18:47 ✶
– W takim razie zastanów się nad tym, kiedy będę zakładała przekładnię – powiedziała Florence, jeszcze przez moment bacznie przypatrując się Laurentowi, jakby próbowała odczytać jego myśli… lub przyszłość. Ale nie robiła tego: nie tym razem. Nie usiłowała sięgnąć ku temu, co będzie, bo w tej chwili usiłowała skupić się na tym, co było tu i teraz. – Obawiam się, że bohaterstwo, takie, o jakim myślisz… istnieje głównie w baśniach – dodała i tym razem brzmiała prawie na zmęczoną. W pewnym sensie była zmęczona, nie tym fizycznym znużeniem, a jego drugim rodzajem, dotyczącym bardziej umysłu niż ciała.
„Głównie”, bo byli tacy jak jej brat, który chętnie pławił się w chwale bohatera Beltane. Ale Florence widziała głównie te brzydsze aspekty tego całego bohaterstwa – rannych w szpitalach, trupy w kostnicach, ludzi, którzy powinni iść do Lecznicy Dusz, ale albo się wstydzili, albo nie byli w stanie uzyskać tam pomocy. Mavelle Bones, wściekającą się na klątwę, jaką zostawił po sobie Voldemort, Patricka, który miał problem z poradzeniem sobie z konsekwencjami wizyty w Limbo.
Bohaterstwo nigdy nie wydawało się Florence ani trochę ładne, a gdy umierają wokół ciebie ludzie, jak w historiach, w które zaangażował się Laurent, nie wyobrażała sobie, aby móc z tym czuć się dobrze.
Cierpienie otaczało ją w pracy każdego dnia. Nawykła do niego. A mimo to, a może właśnie dlatego, nie chciała być bohaterką i nie chciała nadmiernie wykraczać poza ramy swojego uporządkowanego życia. Laurent w jej oczach zdawał się miotać, mając serce zbyt dobre, aby nie rwało się do pomocy, i zbyt wrażliwe zarazem, aby nie płacił za to ceny zbyt wysokiej.
- Pojawiłam się nocą i teleportowałam parę godzin później, gdy wiele wskazywało na to, że to fałszywe wezwanie... błąd, bo okazało się, że uzdrowiciele jednak byli potrzebni. To miejsce dziwnie na mnie działało. Z jakichś powodów Erik Longbottom wydawał mi się naprawdę wybitnym człowiekiem - stwierdziła, kręcąc lekko głową. Nie żeby Florence miała o dziedzicu Warowni złe zdanie, ale nigdy nie ulegała łatwo czarowi takich złotych chłopców, i nie widziała powodów, aby szczególnie się nim zachwycać.
- Laurencie... - westchnęła, gdy wspomniał o trytońskiej wojnie. Bo o tym już słyszała. Jak to się stało, że pół jej rodziny wciągnęło się w ten czy inny sposób w całą tę katastrofę? Co takiego płynęło w Prewettowskiej krwi, czy wciąż szukali kłopotów? Zawahała się na moment, zastanawiając, co takiego mogłaby mu powiedzieć – zganić za mieszanie się w wojny trytonów? Poprosić, żeby obiecał, że nie będzie więcej mieszał się w konflikty międzygatunkowe? – Powinieneś odpocząć. Myślę, że naprawdę tego potrzebujesz – powiedziała w końcu tylko. Ona naprawdę potrzebowała, żeby odpoczął. – Możesz mi potem pokazać nową różdżkę – stwierdziła, pochylając się nad skrzyneczką, aby wyjąć z niej kilka komponentów. – Założę je, gdzie zechcesz, ale zacznijmy od jednych. Chodź, mój drogi, muszę pokazać ci, jak ustawić kod, gdy to zamontuję – stwierdziła, machając różdżką, by wprawić w ruch elementy i zmusić je do ustawienia się na drzwiach. Nie pytała o Anthony’ego Shafiqa: kojarzyła go trochę, bo ich babki były spokrewnione, choć nie było to pokrewieństwo na tyle ścisłe, aby uważała go za bliskiego krewnego. – Mam nadzieję, że twoja przyjaciółka przywiezie dobre wieści.
„Głównie”, bo byli tacy jak jej brat, który chętnie pławił się w chwale bohatera Beltane. Ale Florence widziała głównie te brzydsze aspekty tego całego bohaterstwa – rannych w szpitalach, trupy w kostnicach, ludzi, którzy powinni iść do Lecznicy Dusz, ale albo się wstydzili, albo nie byli w stanie uzyskać tam pomocy. Mavelle Bones, wściekającą się na klątwę, jaką zostawił po sobie Voldemort, Patricka, który miał problem z poradzeniem sobie z konsekwencjami wizyty w Limbo.
Bohaterstwo nigdy nie wydawało się Florence ani trochę ładne, a gdy umierają wokół ciebie ludzie, jak w historiach, w które zaangażował się Laurent, nie wyobrażała sobie, aby móc z tym czuć się dobrze.
Cierpienie otaczało ją w pracy każdego dnia. Nawykła do niego. A mimo to, a może właśnie dlatego, nie chciała być bohaterką i nie chciała nadmiernie wykraczać poza ramy swojego uporządkowanego życia. Laurent w jej oczach zdawał się miotać, mając serce zbyt dobre, aby nie rwało się do pomocy, i zbyt wrażliwe zarazem, aby nie płacił za to ceny zbyt wysokiej.
- Pojawiłam się nocą i teleportowałam parę godzin później, gdy wiele wskazywało na to, że to fałszywe wezwanie... błąd, bo okazało się, że uzdrowiciele jednak byli potrzebni. To miejsce dziwnie na mnie działało. Z jakichś powodów Erik Longbottom wydawał mi się naprawdę wybitnym człowiekiem - stwierdziła, kręcąc lekko głową. Nie żeby Florence miała o dziedzicu Warowni złe zdanie, ale nigdy nie ulegała łatwo czarowi takich złotych chłopców, i nie widziała powodów, aby szczególnie się nim zachwycać.
- Laurencie... - westchnęła, gdy wspomniał o trytońskiej wojnie. Bo o tym już słyszała. Jak to się stało, że pół jej rodziny wciągnęło się w ten czy inny sposób w całą tę katastrofę? Co takiego płynęło w Prewettowskiej krwi, czy wciąż szukali kłopotów? Zawahała się na moment, zastanawiając, co takiego mogłaby mu powiedzieć – zganić za mieszanie się w wojny trytonów? Poprosić, żeby obiecał, że nie będzie więcej mieszał się w konflikty międzygatunkowe? – Powinieneś odpocząć. Myślę, że naprawdę tego potrzebujesz – powiedziała w końcu tylko. Ona naprawdę potrzebowała, żeby odpoczął. – Możesz mi potem pokazać nową różdżkę – stwierdziła, pochylając się nad skrzyneczką, aby wyjąć z niej kilka komponentów. – Założę je, gdzie zechcesz, ale zacznijmy od jednych. Chodź, mój drogi, muszę pokazać ci, jak ustawić kod, gdy to zamontuję – stwierdziła, machając różdżką, by wprawić w ruch elementy i zmusić je do ustawienia się na drzwiach. Nie pytała o Anthony’ego Shafiqa: kojarzyła go trochę, bo ich babki były spokrewnione, choć nie było to pokrewieństwo na tyle ścisłe, aby uważała go za bliskiego krewnego. – Mam nadzieję, że twoja przyjaciółka przywiezie dobre wieści.