Słysząc jego obudzony głos po dłuższej chwili siedzenia sobie w milczeniu pod drzewem i relaksowaniu się otworzył tylko jedno oko i ostentacyjnie wypuścił dym z ust. Wiedział, że Basilius denerwował się mocno na jego nałóg; (Vincent wcale nie uważał, że miał problem, wręcz twierdził, że nie musi palić, robi to bo lubi i rzucić może każdego dnia, ale nie czuł takowej potrzeby i tak ze swoim trybem życia umrze dosyć szybko), ale Vinnie nic sobie z tego nie robił, uśmiechnął się tylko i nim jego bratanek zareagował odrzucił niedopałek na ziemię i zgniótł jakimś kamyczkiem, który znalazł się pod jego ręką.
– Spóźniłeś się – odparł ignorując jego przytyk co do papierosów. Usadowił się wygodniej i spojrzał na niego z cichym westchnięciem – już tak nie panikuj, to ja spadłem z miotły w krzaki – mruknął. Zerknął na niego z ukosa, gdy ten zaczął pytać o jego rany, złamania i inne uszczerbki na zdrowiu. – Bawisz się w Flo? – burknął udając, że znowu zapomniał iż Basilius jest lekarzem. – Mam jakieś maści. To nie pierwszy mój raz – stęknął.
Basiulius dzięki zaklęciu mógł zauważyć, że Vincentowi dolegało coś w prawy, bo to na nim mężczyzna oparł cały swój upadek. Gdy na ostatnim pułapie drzewa zawisł na gałęzi to szarpnęło mu barkiem, więc ból i uszkodzenia również na tym miejscu mu się odcisnęły.
– Bolą mnie plecy i lewy bok, ale chyba mogę chodzić – zaczął się na upartego podnosić podpierając się drzewa. – Widzisz młody? Nic mi nie jest – uśmiechnął się do niego krzywo.