- Za młodu? Przecież ja cię nie znałam za młodu, Roise. - Od tego warto było zacząć. Tak, po raz kolejny chciała mu nieco dopiec, przypominając tym razem o tym, że wcale nie był taki młody, jak mu się wydawało, chociaż właściwie na tle tej całej przyszłości, którą mieli przed sobą może to był moment, w którym jeszcze byli młodzi.
Skoro mieli trwać przy sobie do usranej śmierci, to na pewno mieli przed sobą jeszcze wiele lat. Nie planowali przecież zbyt szybko odchodzić z tego świata. Raczej wydawało jej się, że będą mieli długie, wspólne, kolorowe życie. Tak, ta wersja jej się podobała i zamierzała zrobić wszystko, aby faktycznie te założenia się spełniły. Nie wydawało jej się, żeby mogło być inaczej. Jasne, ich życia nie należały do najbezpieczniejszych, ale przecież potrafili o siebie zadbać, co ostatnio dosyć brutalnie się potwierdziło. Musieli skupić się na tym, aby potrafili reagować w różnych sytuacjach, w szczególności ona. Bardzo zależało jej na tym, żeby mieć pewność iż będzie w stanie zawsze mu pomóc, mimo swojej nie do końca szerokiej wiedzy w zakresie medycyny.
Mogła kontynuować swój wywód, przypominając mu między innymi o tym, że miał spore szczęście, że faktycznie dostał szansę na słuchanie tego jej pierdolenia, bo jeszcze te kilka dni temu wcale nie była taka pewna, że to będzie możliwe. Właściwie mogła rzucić momentą, aby dostać odpowiedź, bo wydawało jej się, że szanse na to, co się z nim stanie były całkiem wyrównane, był między życiem, a śmiercią.
To nie tak, że nie doceniała tych prób, które podejmował, po prostu była wkurwiona na siebie i na otoczenie, że nic nie szło po jej myśli, że miotała się w tym wszystkim. Zdecydowanie wolałaby, aby jej to przychodziło nieco łatwiej - cóż, niestety jak widać to wcale nie było takie proste.
- To nie miała być jodełka? - Coś jej nie pasowało w tej sekwojce, o której wspomniał, chyba coś przegapiła, a może znowu namieszała? Yaxleyówna zdecydowanie czuła, że zaczyna wariować od tego wszystkiego. Nie ogarniała powoli rzeczywistości. Faktycznie krótka przerwa od tego, czym się zajmowali mogła jej dobrze zrobić. Może jej umysł nieco się rozjaśni (nie do końca w to wierzyła, ale warto było podjąć tę próbę, bo gorzej już chyba być nie mogło).
Dotyk przynosił ukojenie, dawał ujście tym wszystkim negatywnym emocjom, które dosyć mocno na nią oddziaływały. Przypominał, o tym, co było najważniejsze, pomagał. Skupiła się więc na cieple jakie ze sobą niosły te splecione dłonie.
- Ależ oczywiście, że chcę wiedzieć, nigdy właściwie nie dyskutowaliśmy o poczynaniach mojego Gwiazdora w czasie nauki w Hogzie. - Chyba trochę jej się spodobało to określenie, bo nie zamierzała szybko z niego rezygnować.
Dostrzegła jednak jedynie ten jednoznaczny uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, cóż, dokładnie tego powinna się po nim spodziewać. Tak, po co właściwie o to pytała? Nie miała pojęcia. To nie tak, że nie zdawała sobie sprawy o dosyć burzliwym życiu Ambroisa, które prowadził przed tym, nim zaczęli ze sobą być, jednak chyba wolała nie grzebać, aż tak głęboko.
- Muszę znaleźć coś, co błyszczy bardziej od gwiazdy, diament? Chociaż może brylant? - Zaczęła się głośno zastanawiać nad możliwościami, jakie miała. - Uwielbiam tę twoją skromność. - Cóż, jebany, najlepszy, obrońca brzmiało całkiem dumnie. To nie tak, że z niego drwiła, miała świadomość, że w przeszłości miał nieco inne plany, co do tego, co chciał robić po szkole i życie dosyć szybko go zweryfikowało, cóż niestety los czasem nie do końca chciał pomóc realizować plany i marzenia. - Szkoda, że nie graliśmy razem, ciekawe, jak ten zajebisty obrońca by sobie poradził z taką ścigającą jak ja. - Wspólna interakcja na boisku mogłaby być na pewno bardzo ciekawym doświadczeniem. Cóż, minęli się jednak w tej drużynie, może to i lepiej.
- Czy powinieneś się mnie o to w ogóle pytać? To nie tak, że po prostu to robisz, w sensie resuscytujesz? - Warto wyjaśnić tę kwestię, szczególnie, że udzielał jej tutaj lekcji pierwszej pomocy, to było chyba dość istotne. Wpatrywała się w jego oczy, dłuższą chwilę, kiedy tak na nią zawisł. Cóż, nadal nie mogła się nadziwić, jak bardzo zielone były, to był chyba jej ulubiony odcień tego koloru, a warto wspomnieć o tym, że w ogóle zielony był jej zdaniem wyjątkowy i miał specjalnie miejsce w palecie kolorów, które wybierała.
- Nie mam za bardzo nawet gdzie uciekać, więc muszę się z tym pogodzić. - Cóż, skoro wziął to za pewnik, to kimże była, aby mu to odbierać. Nie rzucała słów na wiatr, czy coś. Zresztą stęskniła się za nim, za jego bliskością, skoro poradził sobie z wstaniem z łóżka, to nie było z nim już chyba, aż tak źle. Wcześniej bała się do niego nawet przytulać, bo nie chciała zrobić mu większej krzywdy, sama nie do końca wiedziała, na ile właściwie może sobie pozwolić.
To nie tak, że mściła się na nim w ten sposób, po prostu miała pewne obawy związane z jego stanem zdrowia, aczkolwiek dzisiaj tyle razy dawał jej znać o tym, czego mu brakuje, że może faktycznie był to odpowiedni moment na to, żeby się tym zainteresować.
- No nie, aż tak nie. To nie jest jakaś wyższa matma Roise, jesteś ode mnie cztery lata starszy, nie ma szans, że się minęliśmy, chyba, że byłeś wybitny i przeskoczyłeś kilka klas. Oczywiście nie wątpię w to, że mogłoby się tak stać, no ale... - Ale nie spotkała się z nikim, kto faktycznie by to zrobił. Musieli mijać się na szkolnych korytarzach. Zresztą nie dziwiło wcale, że jej nie pamiętał, był starszy, na pewno nie zwracał uwagi na gówniary, które uczyły się kilka lat niżej.
- Mieszkaliśmy w jednym dromitorium, przez dwa? trzy? w sumie chyba nawet cztery lata. - Próbowała to przekalkulować, tak, to musiały być cztery lata, bo Roise urodził się w październiku, jak Erik, który był rok od niej starszy, a i tak byli w jednej klasie.
Całkiem zabawne było to, że jedli przez tyle czasu posiłki przy jednym stole, uczyli się w tym samym pomieszczeniu, mijali pewnie niemalże codziennie, a nie wiedzieli o swoim istnieniu.
- Nie dziwię się, że mnie nie pamiętasz, mam nadzieję, że zapamiętali mnie chociaż Ślizgoni, którzy mieli szansę zapoznać się nieco bliżej z moją pięścią. - Oj tak, Hogwart kojarzył jej się głównie z bójkami, w które się pakowała, treningami quidditcha i wycieczkami do Zakazanego Lasu. Ogólnie, był to całkiem zabawny czas.
- Byłam chyba najwyższą dziewczyną w Gryffindorze, to jedyne, co mnie wyróżniało, a no i wtedy też nie potrafiłam zamknąć gęby, kiedy było trzeba, w sumie jedno i drugie mi zostało. - Sięgnęła ponownie po nalewkę, bo coś czuła, że dobrze byłoby nieco uzupełnić płyny, nawodnienie było bardzo ważne, prawda?