Chciała wierzyć w słowa Uli, że to przeminie, że przetrwali jedno, to i przetrwają drugie. Tylko coś w podświadomości Ferny sączyło jad do jej głowy i duszy, podsuwało najczarniejsze scenariusze i sprawiało, że się bała.
Słowa o przemijaniu skomentowała jedynie kiwnięciem głowy. Nie widziała sensu w dzieleniu się swoimi troskami z nieznajomą. Zresztą, byłoby to dla niej bardzo nienaturalne i stresujące.
— Fernah. — odpowiedziała po kilku sekundach, zdziwiona tym, że czarownica chce z nią rozmawiać.
Oparła widelec o kant talerza i przełknęła ostatni kęs gulaszu, bo na chwilę się zapomniała i swoje imię powiedziała z pełnymi ustami.
— Fernah Slughorn i przepraszam, jak zabrzmiałam za ostro, po prostu teraz wszyscy o tym mówią, czytają i komentują.
Chociaż bardziej niż „komentują” pasowało słowo „kłócą”, bo w samym Mungu była światkiem dwóch takich dyskusji wśród uzdrowicieli. Przerażające, co działo się ze społeczeństwem, kiedy pojawiał się jeden odważny, do głoszenia skrajnych poglądów.
Szare oczy zjechały na chwilę na talerz, później przeniosły się na dłonie i wreszcie wróciły do Brzęczyszczykiewicz, której to Fernah zadała pytanie:
— Słyszę po akcencie, że nie jesteś stąd. Czy mogę spytać, skąd przyjechałaś?