20.11.2024, 14:08 ✶
Stała.
Rozgorączkowana, wściekła, rozżalona, nieszczęśliwa.
Stała z nożem w ręku, który upadł z głuchym walnięciem o podłogę.
Stała mokra od potu, gwałtownego wyrzucenia z siebie tych wszystkich słów.
Jego słowa docierały do niej tak trzy po trzy. Trochę słabo, że strzępił sobie na nią język. Ale było w tym coś... obrzydliwie ociekającego hipokryzją.
Odwróciła się do niego i wyciągnęła nieco drżące ręce ku górze, żeby złapać go za twarz i ściągnąć ją ku sobie. Żeby mógł przejrzeć się w złocistym jadzie, w zatrutym miodzie jej gniewnych oczu. Złapała go, ale nie było w tym delikatności, zrozumienia, nie było w tym uczuć, które chciałby z niej wydobyć, na światło dzienne. Stała przed nim w szorstkości, w surowości i szaleństwie trawiącym jej dusze nie od czasów Beltane a dużo, dużo wcześniej.
Złapała go za twarz i wycedziła przez zęby
– Jeśli rzeczywiście mówię głosem Twojego wewnętrznego głosu, to idź, stań przed lustrem i powiedz sobie to co mówisz teraz mi. Powiedz to sobie, tak uczciwie, tak z ręką na sercu zadaj sobie pytanie czy to cokolwiek zmieniło. Jakkolwiek naprawiło. Mamy tych samych przyjaciół Thomas. Oni używają tych samych słów. I co? Jesteś światłem dla innych, a sam siedzisz w jebanym mroku i myślisz o tym, co by było, żeby skoczyć z tej pierdolonej latarni i rozwalić sobie głupi ryj. Jesteś dla innych, nie jesteś dla siebie. Świetna strategia. Taka zajebiście rozwojowa – szydziła z niego, szydziła z siebie. Może i byli podobni, ale jak to jakkolwiek miało im pomóc? Może nie byli podobni wcale, a Thomas tak rozpaczliwie chciał się poczuć zrozumiany, że po ćpuńskim rajdzie przylepił jej się do tyłka.
Tylko po to, żeby pociągnęła go za sobą na dno. Pieprzony samobójca.
Rozgorączkowana, wściekła, rozżalona, nieszczęśliwa.
Stała z nożem w ręku, który upadł z głuchym walnięciem o podłogę.
Stała mokra od potu, gwałtownego wyrzucenia z siebie tych wszystkich słów.
Jego słowa docierały do niej tak trzy po trzy. Trochę słabo, że strzępił sobie na nią język. Ale było w tym coś... obrzydliwie ociekającego hipokryzją.
Odwróciła się do niego i wyciągnęła nieco drżące ręce ku górze, żeby złapać go za twarz i ściągnąć ją ku sobie. Żeby mógł przejrzeć się w złocistym jadzie, w zatrutym miodzie jej gniewnych oczu. Złapała go, ale nie było w tym delikatności, zrozumienia, nie było w tym uczuć, które chciałby z niej wydobyć, na światło dzienne. Stała przed nim w szorstkości, w surowości i szaleństwie trawiącym jej dusze nie od czasów Beltane a dużo, dużo wcześniej.
Złapała go za twarz i wycedziła przez zęby
– Jeśli rzeczywiście mówię głosem Twojego wewnętrznego głosu, to idź, stań przed lustrem i powiedz sobie to co mówisz teraz mi. Powiedz to sobie, tak uczciwie, tak z ręką na sercu zadaj sobie pytanie czy to cokolwiek zmieniło. Jakkolwiek naprawiło. Mamy tych samych przyjaciół Thomas. Oni używają tych samych słów. I co? Jesteś światłem dla innych, a sam siedzisz w jebanym mroku i myślisz o tym, co by było, żeby skoczyć z tej pierdolonej latarni i rozwalić sobie głupi ryj. Jesteś dla innych, nie jesteś dla siebie. Świetna strategia. Taka zajebiście rozwojowa – szydziła z niego, szydziła z siebie. Może i byli podobni, ale jak to jakkolwiek miało im pomóc? Może nie byli podobni wcale, a Thomas tak rozpaczliwie chciał się poczuć zrozumiany, że po ćpuńskim rajdzie przylepił jej się do tyłka.
Tylko po to, żeby pociągnęła go za sobą na dno. Pieprzony samobójca.