20.11.2024, 18:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2024, 18:32 przez Brenna Longbottom.)
Gdyby Brenna miała być szczera, powiedziałaby, że Ministerstwo nie podołało sytuacji, bo była w tym cholernym lesie podczas walk i po nich. Brakowało ludzi, brakowało transportu, brakowało eliksirów, brakowało wszystkiego, czego tylko brakować mogło. Ludzie umierali najpierw z rąk śmierciożerców, potem przez wichurę, a wreszcie w lesie, bo pomoc docierała za późno. Może wspomniałaby o tym, że Mavelle sygnalizowała potrzebę większej ilości ludzi na miejscu i usłyszała, że nie ma ich dość, aby można było bardziej obstawić sabat, bo ci dostępni są potrzebni gdzieś indziej. Mogłaby dodać że wie, jakie modele mioteł mają do dyspozycji pracownicy Ministerstwa i że chyba nikt specjalnie nie wierzy w doskonały stan finansów Ministerstwa Magii. Z perspektywy Brenny Ministerstwo było bogate, ale było też z jednej strony studnią bez dna, z drugiej dojną krową, dojoną przez niektóre magiczne rodziny o szerokich wpływach. Nie wierzyła, że nie wyprowadzają pieniędzy na różne sposoby, choćby pod postacią wygranych przetargów, gdy nagle coś, co w sklepie kupowało się za dziesięć sykli, kosztowało kilka galeonów.
Może wspomniałaby, że prawdopodobnie czeka ich drugie Beltane, a Ministerstwo na pewno nie poradzi sobie lepiej niż z tym pierwszym.
Ale on tak naprawdę z pewnością o tym wiedział. A ona nie była tu po to, by być szczerą, udowadniać swoje, pokazywać, że nie da sobą pomiatać, nie była tu dla uznania i wdzięczności Cattelmore'a czy kogokolwiek innego. Nie bolało jej, że urzędnik przypomina, gdzie jej miejsce, i podkreśla, że w gruncie rzeczy wcale wsparcia nie pptrzebuje. Chciała choć częściowo zasypać potężną dziurę i upewnić się, że uda się ograniczyć straty, gdy już przyjdzie co do czego. A prędzej czy później przyjdzie na pewno.
I liczyło się tylko to, że najwyraźniej w ostatecznym rozrachunku był gotów do pewnej współpracy.
Uparcie ignorowała paprotkę, chociaż jej dziwaczne „zachowania” trochę rozpraszały. To znaczy – ignorowała, czyli nie pokazywała, że zwraca na nią uwagę, chociaż zwracała, gotowa podejrzewać, że ta zaraz spróbuje ich tutaj oboje udusić, i chyba wolała być na to przygotowana.
- Dziękuję za rady, panie Cattermole. Na pewno wezmę je pod uwagę – powiedziała, gdy skończył, wciąż z mniej więcej taką samą miną, jaką prezentowała wcześniej, tym samym uprzejmym tonem. Nie tylko nie czuła się dotknięta, ale też nie była zakłopotana, bo wytrącić ją z równowagi było dość trudno. – Mogę obiecać z pewnością równowartość dwudziestu paru tysięcy galeonów. – Za dwadzieścia tysięcy swego czasu kupiono kolację z Erikiem i była to najdroższa licytacja charytatywna w ostatnich latach, zrobiła w Anglii spore wrażenie, ale zarazem suma nie uszczupliła zbytnio majątku Elliotta Malfoya, który pieniędzy miał mniej więcej tyle, co oni. I tyle Brenna mogła oddać „lekką ręką”, bez zastanowienia, znając możliwości swoje, brata, wiedząc, kto zrobi dla niej eliksiry i mechanizmy po kosztach, skąd wziąć miotłę wartą sto galeonów za połowę tej sumy, i ile musi inwestować w inne potrzeby związane z przygotowaniami do nadciągającej jesieni.
Do czasu, w którym zaczną żółknąć liście.
Celowała więc w hojność, która nie zrujnuje jej do zera.
– Ale to oczywiście początkowa suma. Jak sam pan wspomniał, pewne kwestie wymagają rozwagi, nie zaczęłam więc działać przed rozmową z panem. Sądzę, że łatwo uda się ją zwiększyć.
Może wspomniałaby, że prawdopodobnie czeka ich drugie Beltane, a Ministerstwo na pewno nie poradzi sobie lepiej niż z tym pierwszym.
Ale on tak naprawdę z pewnością o tym wiedział. A ona nie była tu po to, by być szczerą, udowadniać swoje, pokazywać, że nie da sobą pomiatać, nie była tu dla uznania i wdzięczności Cattelmore'a czy kogokolwiek innego. Nie bolało jej, że urzędnik przypomina, gdzie jej miejsce, i podkreśla, że w gruncie rzeczy wcale wsparcia nie pptrzebuje. Chciała choć częściowo zasypać potężną dziurę i upewnić się, że uda się ograniczyć straty, gdy już przyjdzie co do czego. A prędzej czy później przyjdzie na pewno.
I liczyło się tylko to, że najwyraźniej w ostatecznym rozrachunku był gotów do pewnej współpracy.
Uparcie ignorowała paprotkę, chociaż jej dziwaczne „zachowania” trochę rozpraszały. To znaczy – ignorowała, czyli nie pokazywała, że zwraca na nią uwagę, chociaż zwracała, gotowa podejrzewać, że ta zaraz spróbuje ich tutaj oboje udusić, i chyba wolała być na to przygotowana.
- Dziękuję za rady, panie Cattermole. Na pewno wezmę je pod uwagę – powiedziała, gdy skończył, wciąż z mniej więcej taką samą miną, jaką prezentowała wcześniej, tym samym uprzejmym tonem. Nie tylko nie czuła się dotknięta, ale też nie była zakłopotana, bo wytrącić ją z równowagi było dość trudno. – Mogę obiecać z pewnością równowartość dwudziestu paru tysięcy galeonów. – Za dwadzieścia tysięcy swego czasu kupiono kolację z Erikiem i była to najdroższa licytacja charytatywna w ostatnich latach, zrobiła w Anglii spore wrażenie, ale zarazem suma nie uszczupliła zbytnio majątku Elliotta Malfoya, który pieniędzy miał mniej więcej tyle, co oni. I tyle Brenna mogła oddać „lekką ręką”, bez zastanowienia, znając możliwości swoje, brata, wiedząc, kto zrobi dla niej eliksiry i mechanizmy po kosztach, skąd wziąć miotłę wartą sto galeonów za połowę tej sumy, i ile musi inwestować w inne potrzeby związane z przygotowaniami do nadciągającej jesieni.
Do czasu, w którym zaczną żółknąć liście.
Celowała więc w hojność, która nie zrujnuje jej do zera.
– Ale to oczywiście początkowa suma. Jak sam pan wspomniał, pewne kwestie wymagają rozwagi, nie zaczęłam więc działać przed rozmową z panem. Sądzę, że łatwo uda się ją zwiększyć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.