Groźby, obietnice, jak zwał tak zwał. Geraldine nie zamierzała się obawiać tego, co zamierzał z nią zrobić, wręcz przeciwnie, standardowo dla siebie zaczęła grzebać głębiej, wolała się upewnić, że może jej się to spodobać.
- Cóż, to może być jednak przyjemność, oczywiście o ile uda mi się wciągnąć Ciebie ze sobą, no i zdecydowanie bliżej lata, teraz jest trochę zbyt chłodno. - Mogliby razem poszukać tych ryb, które tak lubiła oglądać. Tak, to był całkiem niezły plan na zbliżające się lato. Potraktowała to jak obietnicę, która miała się spełnić. Na pewno nie omieszka go powkurzać jeszcze trochę, żeby faktycznie zdecydował się to zrobić.
Do ryb wrócą jeszcze pewnie, kiedy nadarzy się taka sposobność, nie lubiła opowiadać o nich w tym miejscu, szczególnie, że mieli całkiem niezłą bazę wypadową do tego, aby móc im się przyjrzeć z bliska. Ona zdecydowanie wolała uczyć poprzez praktykę, tak, no może trochę za dużo przy tym gadała, ale to zdarzało się najlepszym.
Gdyby tylko wiedziała, że faktycznie zamierza ją wkręcić, to pewnie stałaby się jeszcze większym wrzodem, niż była dotychczas, na pewno się za to kiedyś odwdzięczy, oczywiście o ile dowie się, że Roise sobie z niej żartował, szczególnie korzystając z tego, że była kompletnym laikiem jeśli chodzi o te zasrane uzdrowicielstwo.
- Cóż, teraz to nabiera sensu, nigdy jakoś nie interesowałam się specjalnie odwiedzaniem po godzinach tego miejsca. - Gdyby mogła to nie chodziłaby tam nawet w godzinach zajęć, niestety musiała jakoś przebrnąć przez wszystkie przedmioty, których nauczali w szkole. - Tak, wszyscy chcieli zobaczyć Martę, stała się całkiem niezłym elementem wystroju tej łazienki, przychodzili ją oglądać, jak jakiś pomnik. - Niesamowicie ją to bawiło, bo przecież ten duch był chyba najbardziej męczącym duchem w całej szkole. No nie było gorszego od niej.
- Czy zdarzyło ci się trafić kiedyś na stado centaurów, którym nie spodobała się twoja obecność? - Zapytała unosząc nieco brwi. - Nie zgadniesz komu się przytrafiło coś takiego, i kiedy spierdalał do zamku trafił w drzwiach na swoją ukochaną McGonagall, od tego momentu zaczęła mi się bardziej przyglądać. - Jasne, istniały metody, które mogły pomóc zakamuflować ślady wizyty na świeżym powietrzu, ale nie zawsze był czas na to, aby po nie sięgać. Zresztą Yaxleyówna miała tendencje do zwracania na siebie uwagi, nawet wtedy, kiedy nie chciała tego robić. Była pewna, że jej ukochana pani profesor odetchnęła kiedy ona wreszcie skończyła szkołę. Nie była zbyt ogarniętym uczniem, nie ma się co oszukiwać, wykazywała tendencje do pakowania się w absurdalne sytuacje.
- Nie wspomniałam o tym, że nie pracowałam na nią latami, tylko, że nie zajmowałam się tym w Hogzie. - To była tylko drobna różnica, chociaż może wcale nie taka drobna. - Czyli więcej niż połowę, z różnych roczników, wszystko jasne. - Oczywiście, że zamierzała to nieco wyolbrzymić, dlaczego by nie, skoro mogła? Strasznie ją bawiła ta wizja.
- Być może tak będzie, pewnie już niedługo się dowiemy, kto będzie kogo o co błagał. - Nie wierzyła, że wytrzymają zbyt długo we wstrzemięźliwości, od zawsze mieli z tym problem, pozostawało jednak pytanie, które z nich pierwsze pęknie. Nie łatwo było jej stwierdzić, które z nich się złamie, bo cóż, jedno i drugie było przecież bardzo, ale to bardzo uparte.
- Zapamiętam to sobie. Nie masz więc jakichś specjalnych wymagań. - Na pewno o tym nie zapomni, jak o wielu innych rzeczach, które czasem udało jej się z niego wyciągnąć. - Możemy przyjąć taką wersję, brzmi całkiem przyzwoicie. - Może i była daleka od prawdy, ale to nic nie zmieniało, nie było to dla niej istotne.
Cofnięcie się w czasie do Hogwartu okazało się być całkiem zabawnym rozwiązaniem. Zdecydowanie opadła już gęsta atmosfera, która towarzyszyła im podczas procesu nauczania. Miała nadzieję, że nie wróci, bo wolała kiedy na siebie nie burczeli.
Ambroise skupił się na swojej koszuli, dzięki czemu nie mógł dostrzec wyrazu jej twarzy, kiedy kontynuował opowieść o tamtej pierdolniętej dziewczynie. Wszystko spinało się w całość, tyle, że on jeszcze nie miał pojęcia, kto właśnie pomagał mu z rozpinaniem jego koszuli. Czy w ogóle powinna go o tym uświadomić? Może to było zupełnie niepotrzebne, mogłaby wrócić do tego kiedyś indziej, z drugiej strony, dlaczego by nie kontynuować tego tematu teraz, kiedy już się w nim tak bardzo zagłębili.
- Słusznie, pamiętam, że czasem trudno było zdobyć szlugi. - Tak i ona to przeżyła. Zawsze starała się przemycić jak najwięcej, ale zapasy dosyć szybko się kończyły. Na całe szczęście w Hogsmeade można było dostać fajki, miała swoje źródełko, u którego się pojawiała. Wystarczyło się tylko dobrze zakręcić.
- To ją mocno ubodło wiesz, tą małą pindę, że dostała przez ciebie ten szlaban za fajki, wcześniej nigdy nie paliła w szkole, ale też od tego się zaczęło jej wymykanie na papierosa w przerwach między zajęciami. - Najwyraźniej wiedziała bardzo dużo o tamtej dziewczynie, no kto mógłby się tego spodziewać. - Zresztą do dzisiaj pali te same szlugi, a ktoś z kim jest strasznie jej przez to marudzi. - Jej palce rozpinały guzik za guzikiem, delikatnie, żeby przypadkiem nie dotknąć jego ciała, to jeszcze nie był odpowiedni moment.
- Nie była wyższa, jestem pewna, że nie była wyższa. - Tak, miała stuprocentową pewność, w przeciwieństwie do Roisa znała personalia tej dziewczyny, która go wtedy zirytowała.
Wspólnymi siłami udało im się rozpiąć wszystkie guziki jego koszuli. Nie do końca wiedziała po co to robią, ale czuła, że ma to jakiś większy sens. Nie musiała zresztą zbyt długo czekać na wyjaśnienia. Nim jednak się tego dowiedziała poczuła dotyk jego dłoni, starała się zresztą ciągle patrzeć na twarz Roisa, aby nie rozproszyć się jego nagim ciałem. Miała to wygrać, tak, skupiła się na tej myśli. Nie przegra tego starcia.
- Trochę oszukujesz. - Mruknęła cicho pod nosem. Zrobiła jednak to, o co ją prosił. Przysunęła się do niego jeszcze bliżej, miała chęć usiąć na nim okrakiem, ale tego nie zrobiła, starała się zachować dystans, chociaż cała ta sytuacja powodowała, że nie miała takiej możliwości.
Może nie musiała być delikatna, ale zamierzała. Położyła obie dłonie na jego brzuchu, poczuła ciepło bijące od jego ciała pod swoimi dłoniami. Powoli przesuwała nimi w górę, w stronę klatki piersiowej, nigdzie się nie spieszyła, zatrzymała je na dłuższą chwilę w okolicach serca. - Upuściła sporo krwi, ale nie wykrwawiła, czyli masz to przeżyć, rozumiem. - Czyli tętnica płucna odpadała. Ponownie przemierzała rękoma jego ciało, tym razem zatrzymała dłoń na żebrach, tuż pod miejscem, w którym się kończyły. Nacisnęła tam palcami nieco mocniej. - Wbiłabym ci nóż pod żebra, ale nie wiem, czy to jest dobry wybór. - Tak, nie była jakoś szczególnie przekonana, że o taki efekt mu chodziło.