21.11.2024, 00:06 ✶
Wysmarował swoje loki tak przesadzoną ilością Ulizanny, że potrzebował umyć głowę dwa razy. Oczywiście, że musiał zrobić to dzisiaj, a nie w jakikolwiek inny dzień, kiedy niekoniecznie zależało mu na ich dobrym ułożeniu. Zmarzł pod tym cholernym prysznicem, jak zawsze myjąc się albo zanim zagrzała się woda, albo kiedy wszyscy inni ją już wykorzystali - nigdy nie potrafił trafić i nie chciał zgadywać, w każdym razie dzisiejszy poranek nie należał do szczególnie udanych i widać to było w jego oczach. Jakkolwiek głupio to nie brzmiało, od początku lata powoli docierało do niego, że robi się... stary. Kolejne wyrwane z czubka głowy siwe włosy. Sine kręgi pod oczami, na które nie pomogła zimna woda. Na czole widział dokładne linie, które pogłębiały się od marszczenia brwi. Nie, nie czuł się z tym źle. No, może trochę, ale to nie było tak, że nagle zaczął czuć się mniej atrakcyjny. Wyglądał dobrze, to nie ulegało jego wątpliwości nawet mimo skurwiałej samooceny, ale... Był starszy. Skoro on to widział, to widzieli to inni, a skoro widzieli to inni - postrzegali go inaczej niż wcześniej. W te trzy lata spędzone w izolacji od dawnego życia zmienił się Londyn, zmienili się jego znajomi, ale najwyraźniej zmienił się też on.
Nikt mi już nie powie, że jestem rozwydrzonym gówniarzem, pomyślał, wsuwając na siebie te same ubrania, które lubił nosić od lat. Kiedyś były dla innych sygnałem o zagrożeniu, symbolem młodzieńczego buntu i wychowaniem się w złym towarzystwie. Dzisiaj? Za kogo brano go dzisiaj? Musiał być dziwakiem niezdolnym do wyrośnięcia z myśli porzucanych przez innych w wieku nastoletnim. Kimś odwiedzającym kluby o nazwach przekazywanych szeptem. Z lekką goryczą spostrzegł jak trafne byłyby to strzały - postępując na przekór systemowi, występując przeciwko szufladkowaniu w rzeczywistości wpadł w tę samą szufladkę co inni - runął do piwnicy domu społecznego i trwał tam, dokładnie tam gdzie przewidywał to znienawidzony przez niego system.
Ciemne chmury nad jego głową rozrzedziły się dopiero w momencie zawiśnięcia nad nią gęstych obłoków powstrzymujących słońce przed otoczeniem swoimi ciepłymi promieniami rezerwatu w New Forest. Nie, obecność Laurenta nie wypierała go z melancholii wrytej w ten toksyczny łeb, ale skutecznie odciągała jego uwagę od wielu problemów. Miało to swoje wady i zalety, jak wszystko zresztą, ale te wady były dla niego teraz nieistniejące - jeżeli haczyły gdzieś o niego swoim jestestwem, to były bezimienne, bezcielesne, bezwonne - zalety zaś napełniały go teraz optymizmem. Złamanie się i ulegnięcie wpływowi Laurenta zajęło mu sporo czasu, ale zrobił to i było to... uwalniające? Strach przed ulegnięciem pokusie wzmagany przez własne niedoskonałości był ciężki. Teraz nawet obwieszony żelastwem czuł się lekki. Jedyną wadą tej lekkości było to, że oprócz palenia papierosów nie miał już nic do zrobienia - zmotywowany nowymi emocjami wyprał się ze wszystkich pomyslów już wczoraj, dzisiaj pozostało mu już tylko się spotkać. W rezultacie wypucowanie się w celu uniknięcia kolejnego komentarza o przykrym zapachu nie było owocne - leżał na dachu stajni i palił tak długo, aż Prewett nie skończył rozmowy z facetem, którego nie znał, kopcąc jednego za drugim.
Crow, który pojawił się tego dnia na tarasie był więc tym samym Crowem, którego Laurent znał - Crowem w okowach papierosowego dymu, ubranym w czarną skórę, obwieszonego metalowymi dodatkami. Coś jednak się zmieniło. Nastawienie - zadziorny uśmiech, jaki prezentował pobladł nieco i zamiast kolejnej krzywej obelgi lub wulgarnego powitania, akrobata zbliżył się do niego nonszalancko, żeby ująć bladą twarz swoimi palcami i go pocałować.
- Cześć - odpowiedział mu dopiero teraz, przed kolejnym pocałunkiem. Nieco delikatniejszym, zwieńczonym przesunięciem szorstkiego kciuka po jego policzku. Ich poprzednie spotkania rozpoczynały się od bardzo nieprzyjemnych epitetów i tarcia się słowami - dzisiaj tego nie zrobił, to co się działo nie było do przewidzenia, nigdy się tak ze sobą nie witali. Crow badał grunt. Sprawdzał, czy odpowiedzą mu szok, miękkość czy niechęć. Jego szkoła uwodzenia nie zakładała delikatności i bezpiecznych kroków - w repertuarze zawierała raczej obsesję. - Słyszałem panie Prewett, że szuka pan nowego pracownika. - Oczywiście, że wymyślił jakiś tekst, którym zamierzał go dzisiaj uwieść, ale chłopak musiał do niego dojść, bo przecież... kiedy druga strona też do tego dążyła, to wszystko stawało się przyjemniejsze.
Ani przed połączeniem ich ust, ani przed uwieszeniem mu się rękoma na szyi, nie rozejrzał się wokół.
Nikt mi już nie powie, że jestem rozwydrzonym gówniarzem, pomyślał, wsuwając na siebie te same ubrania, które lubił nosić od lat. Kiedyś były dla innych sygnałem o zagrożeniu, symbolem młodzieńczego buntu i wychowaniem się w złym towarzystwie. Dzisiaj? Za kogo brano go dzisiaj? Musiał być dziwakiem niezdolnym do wyrośnięcia z myśli porzucanych przez innych w wieku nastoletnim. Kimś odwiedzającym kluby o nazwach przekazywanych szeptem. Z lekką goryczą spostrzegł jak trafne byłyby to strzały - postępując na przekór systemowi, występując przeciwko szufladkowaniu w rzeczywistości wpadł w tę samą szufladkę co inni - runął do piwnicy domu społecznego i trwał tam, dokładnie tam gdzie przewidywał to znienawidzony przez niego system.
Ciemne chmury nad jego głową rozrzedziły się dopiero w momencie zawiśnięcia nad nią gęstych obłoków powstrzymujących słońce przed otoczeniem swoimi ciepłymi promieniami rezerwatu w New Forest. Nie, obecność Laurenta nie wypierała go z melancholii wrytej w ten toksyczny łeb, ale skutecznie odciągała jego uwagę od wielu problemów. Miało to swoje wady i zalety, jak wszystko zresztą, ale te wady były dla niego teraz nieistniejące - jeżeli haczyły gdzieś o niego swoim jestestwem, to były bezimienne, bezcielesne, bezwonne - zalety zaś napełniały go teraz optymizmem. Złamanie się i ulegnięcie wpływowi Laurenta zajęło mu sporo czasu, ale zrobił to i było to... uwalniające? Strach przed ulegnięciem pokusie wzmagany przez własne niedoskonałości był ciężki. Teraz nawet obwieszony żelastwem czuł się lekki. Jedyną wadą tej lekkości było to, że oprócz palenia papierosów nie miał już nic do zrobienia - zmotywowany nowymi emocjami wyprał się ze wszystkich pomyslów już wczoraj, dzisiaj pozostało mu już tylko się spotkać. W rezultacie wypucowanie się w celu uniknięcia kolejnego komentarza o przykrym zapachu nie było owocne - leżał na dachu stajni i palił tak długo, aż Prewett nie skończył rozmowy z facetem, którego nie znał, kopcąc jednego za drugim.
Crow, który pojawił się tego dnia na tarasie był więc tym samym Crowem, którego Laurent znał - Crowem w okowach papierosowego dymu, ubranym w czarną skórę, obwieszonego metalowymi dodatkami. Coś jednak się zmieniło. Nastawienie - zadziorny uśmiech, jaki prezentował pobladł nieco i zamiast kolejnej krzywej obelgi lub wulgarnego powitania, akrobata zbliżył się do niego nonszalancko, żeby ująć bladą twarz swoimi palcami i go pocałować.
- Cześć - odpowiedział mu dopiero teraz, przed kolejnym pocałunkiem. Nieco delikatniejszym, zwieńczonym przesunięciem szorstkiego kciuka po jego policzku. Ich poprzednie spotkania rozpoczynały się od bardzo nieprzyjemnych epitetów i tarcia się słowami - dzisiaj tego nie zrobił, to co się działo nie było do przewidzenia, nigdy się tak ze sobą nie witali. Crow badał grunt. Sprawdzał, czy odpowiedzą mu szok, miękkość czy niechęć. Jego szkoła uwodzenia nie zakładała delikatności i bezpiecznych kroków - w repertuarze zawierała raczej obsesję. - Słyszałem panie Prewett, że szuka pan nowego pracownika. - Oczywiście, że wymyślił jakiś tekst, którym zamierzał go dzisiaj uwieść, ale chłopak musiał do niego dojść, bo przecież... kiedy druga strona też do tego dążyła, to wszystko stawało się przyjemniejsze.
Ani przed połączeniem ich ust, ani przed uwieszeniem mu się rękoma na szyi, nie rozejrzał się wokół.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.