Ten uśmiech zmartwił Fernę bardziej, niż gdyby okazało się, że Brenna jest nieprzytomna. W końcu kto zdrowy na umyśle, uśmiechał się po tym, jak nie dość, że sturlał się z górki, to jeszcze spadł z nieba? I to nie była przenośnia.
Odsunęła się na prośbę Brenny i oniemiała patrzyła, jak ta najpierw próbuje rzucić jedno zaklęcie, a później drugie, które doprowadza do rozpadu miotły na drobne drzazgi i pył. Chwilę patrzyła tak na spadające drobiny, aż kuzynka znowu nie położyła się na ziemi.
— Brenna mów do mnie, gdzie i co cię boli?
Całe szczęście nigdzie nie widziała nawet kropli krwi, co mogła też uznać za cud. Nawet nie chciała myśleć, ile kamieni ta ominęła, turlając się w dół zbocza. Gdyby niefortunnie upadła…
— Poczekaj, nie ruszaj się. — ostrzegła ją i nachyliła się, by sprawdzić, czy nie ma jakichś obrażeń głowy. — Czujesz nogi i ręce? Masz zawroty głowy?
Pytania były wypowiedziane spokojnym głosem, jakby Fernah robiła to nieskończenie wiele razy. W jednej chwili zmieniła się z przestraszonej dziewczyny w skupioną specjalistkę. Przesunęła różdżką i drugą ręką ponad ciałem Brenny, by wybadać czy nie ma jakichś wewnętrznych urazów.
— Nie masz żadnego krwotoku wewnętrznego, więc tyle dobrego. — rzuciła, z powrotem klękając na wysokości ramienia. — Kostka? Złamana i mogę ją naprawić tutaj, ale możesz mieć wstrząs mózgu, więc najlepiej byłoby przenieść cię do Munga.
Po tych słowach wstała i przysiadła znowu koło wspomnianej kostki. Delikatnie, tak by nie sprawiać kuzynce większego bólu, wyprostowała jej nogę i przygotowała się do rzucenia zaklęcia.
— Gotowa?
Otrzymując potwierdzenie od Brenny, wykonała średnio skomplikowany ruch różdżką, z zamiarem naprawienia kostki.
Slaby sukces...
Strzyknęło, pyknęło i chyba się udało, bo stopa wygięta pod dziwnym kątem, powróciła do typowego dla siebie położenia.