Świat potrafił być szary. A potem czujesz ciepło przy sobie i nagle odżywa miliardem barw. Nat przesmykujące po niebie chmury stawały się jaśniejsze, dachówka bardziej wyrazista, igły sosen rosnących tuż przy domu nabierały głębszej zieleni. Zapach stawał intensywniejszy. Smak papierosów na krańcu języka pobudzający. Nie miało to sensu - kiedy jesteś zmęczony to powinieneś być zmęczony, tymczasem bliskość działała jak mały zastrzyk adrenaliny. Krew zaczynała chętniej krążyć, ukrwienie ściągało w dół, a głowa rodziła scenariusze i niuanse możliwych do odegrania scen. Było ich równie wiele co kolorów wokół nich, a żadna z nich nie była tą prawdopodobną. Laurent zazwyczaj uczył się ludzi. Robił kilka założeń, sprawdzał je, testował, a potem tworzył schemat obsługi drugiego człowieka, by stać się jego doskonałym snem znikającym o poranku. Ale Crow? Nie potrafił przewidzieć, co zaraz powie. Co się stanie. Pewne było tylko jedno, na szczęście wcale nie takie rozbieżne z jego własnymi pragnieniami - by przez chwile przestać myśleć. Możemy pominąć agape, pominąć phili - zsuwamy się prosto na eros. Za każdym razem pytanie czy chce tylko jednego? było ostrzegawczym punktem. Niepewną. Mógł popłynąć razem z marzeniem i dać sobie (i jemu) przyjemność, albo uchwycić się niepokoi. Łatwo było się domyślić, co wybrał, kiedy starał się dopasować swoje kroki do kroków Crowa wędrującego w kierunku drzwi. To tylko starania - nie mógłby dobrnąć do tej doskonałości ruchów. Naprawdę chciał z nim zatańczyć. W tej czystej pościeli jak i poza nią.
Lekko drgnął od dotyku na skórze, ale nie z niechęcią. Nie odsunął się - wręcz przylgnął do niego, otulając go jedną ręką za plecami i wsuwając kciuk za pasek jego spodni. Czuł się trochę zbity z tropu, a to zbicie z tropu (bujanie się we śnie) prowadziło do maleńkiej uwagi, jaką poświęcał słowom i gestom. Jego zmysły naprawdę były nadwrażliwe - może to skutek uboczny leków, a może zwykła, ludzka potrzeba odreagowania wszystkiego, co nazbierało się od początku sierpnia? Wszystkiego, czego nie miał okazji odreagować?
Panie prezesie wcale nie brzmiało śmiesznie. Brzmiało tak elektryzująco, że podświadomie Laurent się wyprostował, choć wcale zgarbiony nie był. Mogło się tam znaleźć być może wiele innych słów, bo czy to chodziło o słowo, czy sam głos? Ton? Emocje w nim? Jeśli Flynn był płomieniem, to on był bardzo samobójczą ćmą. Tak, bardzo! Kamikaze. Z całym rozsądkiem pragnął skoczyć. Och tak, tak! W końcu. Zaczynał rozbudzać się w tak szybkim tempie, że skotłowała się w nim niecierpliwość. Niecierpliwość, którą odkrył ze zdumieniem, bo naprawdę przepadał za wszystkim, co działo się dookoła seksu. Za grą wstępną, za dotykami, za spojrzeniami, za... wszystkim, co można było osiągnąć, jeśli się chociaż trochę chciało.
- Zbyt wiele widziałem i samodzielnie napisałem na kartkach ślicznych słówek, żeby zawierzać piórom. - Spojrzał z ukosa na Fleamonta, na tę jego minkę, na te jego błyszczące oczy... Oooch..! Nie. To była przecież jak rozgrywka, jak walka. Miałby w niej przegrać? Och tak. Oczywiście, że mógłby i chciał w niej przegrać. Albo raczej - chciał, żeby druga strona wygrała. Ale... Opuścił głowę, zmrużył nieco oczy, spoglądając na jego nos, jego usta, na jego ramię, gdzie zawędrował jedną ręką. Ledwo dotykał te fragmenty ciała, jakby sprawdzając, jakby badając. Nie było żadnego "nie". Nie było żadnego kroku w tył. Był niewolnikiem własnych żądz, ale przede wszystkim był niewolnikiem pożądania wobec Crowa. Tak głęboko perfidnego, że nie był pewien, czy miał odwagę przyznać się do tego komukolwiek poza nim samym. - Jestem kolekcjonerem, wie Pan? - Laurent głos ściszył tylko odrobinę, ale nie na przekór - to z rozmiłowania do muzyki. Do kontrastu tych tonów, do zmieszania czerni i bieli, z których wcale nie powstawała szarość. Powstawało coś pięknego. - Te piękne loki, piękne rzęsy firaną nakrywające brąz oczu... - Przesunął tak znów palcami po jego skroni, musnął kąciki oczu, powędrował na ramiona. - smukłe ciało... - Koc zsunął się z jego ramion w końcu - w końcu, tak. - Ojejku, jejku. - Teraz się odsunął. Spojrzał na ten koc, jakby był tym bardzo zafrasowany, że to się w ogóle wydarzyło, ale już robiąc kroki w samym domu. - Widzi Pan, niezdara ze mnie... - Nie oglądał się w tył, kiedy unosił ręce, żeby ściągnąć z siebie ten sweter i jemu też pozwolić opaść na ziemię. - Wszystko leci mi z rąk... - Odetchnął, przesuwając palcami dłońmi wzdłuż swojej talii. Był ciekaw. Bardzo ciekaw tego, kiedy to Otchłań się przebudzała i przychodziła po Gwiazdę.