Nie znała swojej kuzynki na tyle dobrze, by wiedzieć, że proszenie jej o mówienie, to jak powiedzenie narkomanowi, żeby brał do woli… No dobrze, może to porównanie trochę na wyrost, ale Fernah szybko się przekonała, że Brenna nie miała najmniejszego problemu z odpowiadaniem na pytania i jeszcze dodawała swoje trzy grosze.
— Tylko sześć metrów… — prychnęła, kręcąc głowę.
Raz widziała czarodzieja, który połamał większość kości, spadając z połowy tej wysokości.
— Na brodę Merlina, poczekaj chwilę.
Powstrzymanie Brenny przed wykonywaniem jakichś bardziej energicznych ruchów, przypominało użeranie się z dzieckiem, które nie potrafi usiedzieć w miejscu. Ból, bólem, ale z jakichś powodów musieli się cały czas ruszać.
Odsunęła się od nogi Longbottom, niezbyt przekonana co do tego, że z samą Brenną wszystko w porządku. O czym zresztą ją poinformowała:
— Cieszę się, że pamiętasz, jak masz na imię i umiesz dodawać, ale to nie zmienia, że musimy jechać do szpitala.Przerwała na moment, by wyczarować bandaże oraz szyny, którymi mogłaby usztywnić nogę kobiety. Może i magia potrafiła naprawić uszkodzoną tkankę, ale organizm potrzebował chwili, by przyzwyczaić się do tego, a w tym czasie Fernah wolała nie ryzykować i odpowiednio zabezpieczyć Brennę.
— Jeżeli gapienie w niebo sprawi, że weźmiesz na poważnie moją uwagę o wstrząsie mózgu, to czemu nie.
Po raz ostatni przewinęła nogę i stopę Brenny bandażem, kończąc tym samym cały zabieg.
— Co się stało z twoją miotłą, że zamiast normalnie wylądować, postanowiłaś z niej zeskoczyć, a później zniszczyć? — spytała o to, co nurtowało ją od dłuższego czasu.