Lekki uśmiech pojawił się na twarzy Ferny, gdy usłyszała, że Ula nie ma żalu. Nie nawykła do tego, by być niemiłą dla ludzi bez powodu, ani też nie dawała się tak łatwo ponieść emocjom. Nie lubiła sprawiać innym przykrości, czy to przyjaciołom, czy też nieznajomym.
— Tak, zawsze politykowanie i życiowe mądrości prowadzą do jednego, kłótni. — zwłaszcza te przy rodzinnym stole, dodała w myślach.
Nie, żeby jej rodzina zgadzała się z radykalnymi poglądami o czystości krwi i prawdziwych czarodziejach i czarownicach. Jej rodzice, a zwłaszcza matka, była całym sercem za mugolami, często zafascynowana tym, jak sobie układają życie bez magii. Ojciec stronił od rozmów na te tematy, zwłaszcza kiedy w pobliżu znajdowali się jego rodzice, czyli dziadkowie Ferny.
Ci o dziwo szczycili się tym, że udało się im zachować „czystą krew” i połączyć dwie silne linie. Gdyby tylko znali prawdę o Fernie…
— Polska? — zdziwiła się, bo nie miała pojęcia, co to za kraj i gdzie dokładnie leży. — Czemu mało? Wasz kraj prowadzi jakąś wojnę lub zmaga się z innymi problemami?
Zrobiło jej się głupio, że nie wie nic o tej Polsce, z której to pochodzi jej rozmówczyni. Poczuła się jak ignorant, więc żeby jakoś zrehabilitować się w oczach Uli, powiedziała:
— Przepraszam, pewnie wychodzę na kogoś, kto wychował się pod kamieniem, ale moja wiedza o świecie mugoli zatrzymała się na poziomie Hogwartu.
Rzut czy Fernah wie coś o Polsce.
Nie