23.11.2024, 00:17 ✶
Jaka szkoda, przecież tyle osób szepnęłoby o nim dobre słowo, prawda? Crow uśmiechnął się nieco szerzej, nakręcając się na Laurenta coraz mocniej. Jednocześnie działo się to zupełnie inaczej niż zaplanował. Nie potrafił nakierować tej rozmowy na tor, którym chciał doprowadzić ich do końca. Chyba niemożliwym już było zawrócenie. Dysząc lekko, napierając na niego i utrzymując przesadnie słodki ton kontynuował to więc w rytmie, jaki dodał do tego Laurent.
- Mam rozumieć, że kłamie pan prezes w zeznaniach podatkowych? Czy w listach też? - Udał lekki smutek, rozczarowanie. No bo przecież dostał taki piękny list, który przyciągnął go w to miejsce. Może nie z kwiatami w zębach, ale z prezentem ukrytym w kieszeni kurtki. - Mówiono mi o panu, że lubi pan poznawać dogłębnie swoich pracowników. Moja delikatna strona myślała naiwnie, że chodziłoby o moją osobowość... - Podobało mu się robienie z blondyna okropnego zboczeńca, zupełnie jakby nie ścigali się w tym temacie łeb w łeb. - A pan tak od razu o tym jak wyglądam... - Bardzo dobrze. Chciał mu się podobać i chciał o tym słyszeć, nawet jeżeli jego pewność siebie podupadała. Nie było dnia w tym sierpniu, żeby nie fantazjował o byciu obiektem jego pożądania. - Jakiego charakteru jest ten... Specjalny wakat? - Stęknął, czerwieniąc się. To po części była gra, a po części faktyczną reakcja na to, że Prewett pozbawiał się części garderoby. Crow też zrzucił z siebie kurtkę, która bardzo grzecznie odfrunęła w kierunku krzesła i sama przewiesiła się przez oparcie, kiedy cała jego uwaga skupiona była na tym, co miał przed sobą.
A miał przed sobą człowieka tak pięknego, że miałeś ochotę wątpić w tę jego ludzkość. I słusznie.
- Powinienem być zazdrosny o tego całego kruka jeżeli jedynym o czym myślę od chwili pojawienia się w New Forest jest to, jak bardzo chciałbym poczuć pana w swoim gardle? - Widząc dłoń zjeżdżającą wzdłuż smukłej talii nieświadomie wykonał ruch biodrami mający przynieść mu jakiekolwiek poczucie ulgi. Ucisk napiętego, skórzanego materiału był w takich momentach jednocześnie wsparciem i największą torturą. Nabrał głośno haust powietrza robiąc kilka kroków śledzących jego wędrówkę po własnym domu, aż wreszcie padł na kolana i zadarł głowę do góry. Nie był pewien, czy dając w sobie tej pozycji kilka sekund na drżenie i ciszę, nie wysyłał mu sprzecznego sygnału. Nie miał przecież pojęcia jakie dokładnie blondyn miał doświadczenia, a... Daleko mu było do mężczyzn czerpiących przyjemność z ciągłego dyrygowania nimi, kazania im zaciskać zębów na krawacie. Nie lubił być bity ani obrażany tak długo, jak nie było to efektem ubocznym wyraźnego, niepohamowanego pożądania. Wcale nie klęczał dlatego, że potrzebował wiedzieć co robić dalej, a ściąganie z siebie ubrań było dostatecznym przyzwoleniem.
On zwyczajnie chciał usłyszeć więcej słów. Tańca wokół niezręcznego tematu, jaki wymyślił żeby ich na siebie nakręcić.
- Wie pan - lekko zniżył głos, mimo lekkiego cierpienia nie dając po sobie poznać, że ucisk na dole stawał się nie do zniesienia - pan jest niezdarnym kolekcjonerem, a ja się czuję bezpański i nie kruszę się kiedy wypadam właścicielowi... - Uśmiechnął się po tej pomyłce. - Pracodawcy z rąk. Nalegam żeby mnie pan wziął pod uwagę. - Przekręcił głowę w bok, niby niewinnie, ale coś w sposobie w jaki na niego patrzył mówiło, że wcale taki niewinny nie był. - Najlepiej to niech mnie pan prezes po prostu weźmie - powiedział, celowo dwuznacznie.
- Mam rozumieć, że kłamie pan prezes w zeznaniach podatkowych? Czy w listach też? - Udał lekki smutek, rozczarowanie. No bo przecież dostał taki piękny list, który przyciągnął go w to miejsce. Może nie z kwiatami w zębach, ale z prezentem ukrytym w kieszeni kurtki. - Mówiono mi o panu, że lubi pan poznawać dogłębnie swoich pracowników. Moja delikatna strona myślała naiwnie, że chodziłoby o moją osobowość... - Podobało mu się robienie z blondyna okropnego zboczeńca, zupełnie jakby nie ścigali się w tym temacie łeb w łeb. - A pan tak od razu o tym jak wyglądam... - Bardzo dobrze. Chciał mu się podobać i chciał o tym słyszeć, nawet jeżeli jego pewność siebie podupadała. Nie było dnia w tym sierpniu, żeby nie fantazjował o byciu obiektem jego pożądania. - Jakiego charakteru jest ten... Specjalny wakat? - Stęknął, czerwieniąc się. To po części była gra, a po części faktyczną reakcja na to, że Prewett pozbawiał się części garderoby. Crow też zrzucił z siebie kurtkę, która bardzo grzecznie odfrunęła w kierunku krzesła i sama przewiesiła się przez oparcie, kiedy cała jego uwaga skupiona była na tym, co miał przed sobą.
A miał przed sobą człowieka tak pięknego, że miałeś ochotę wątpić w tę jego ludzkość. I słusznie.
- Powinienem być zazdrosny o tego całego kruka jeżeli jedynym o czym myślę od chwili pojawienia się w New Forest jest to, jak bardzo chciałbym poczuć pana w swoim gardle? - Widząc dłoń zjeżdżającą wzdłuż smukłej talii nieświadomie wykonał ruch biodrami mający przynieść mu jakiekolwiek poczucie ulgi. Ucisk napiętego, skórzanego materiału był w takich momentach jednocześnie wsparciem i największą torturą. Nabrał głośno haust powietrza robiąc kilka kroków śledzących jego wędrówkę po własnym domu, aż wreszcie padł na kolana i zadarł głowę do góry. Nie był pewien, czy dając w sobie tej pozycji kilka sekund na drżenie i ciszę, nie wysyłał mu sprzecznego sygnału. Nie miał przecież pojęcia jakie dokładnie blondyn miał doświadczenia, a... Daleko mu było do mężczyzn czerpiących przyjemność z ciągłego dyrygowania nimi, kazania im zaciskać zębów na krawacie. Nie lubił być bity ani obrażany tak długo, jak nie było to efektem ubocznym wyraźnego, niepohamowanego pożądania. Wcale nie klęczał dlatego, że potrzebował wiedzieć co robić dalej, a ściąganie z siebie ubrań było dostatecznym przyzwoleniem.
On zwyczajnie chciał usłyszeć więcej słów. Tańca wokół niezręcznego tematu, jaki wymyślił żeby ich na siebie nakręcić.
- Wie pan - lekko zniżył głos, mimo lekkiego cierpienia nie dając po sobie poznać, że ucisk na dole stawał się nie do zniesienia - pan jest niezdarnym kolekcjonerem, a ja się czuję bezpański i nie kruszę się kiedy wypadam właścicielowi... - Uśmiechnął się po tej pomyłce. - Pracodawcy z rąk. Nalegam żeby mnie pan wziął pod uwagę. - Przekręcił głowę w bok, niby niewinnie, ale coś w sposobie w jaki na niego patrzył mówiło, że wcale taki niewinny nie był. - Najlepiej to niech mnie pan prezes po prostu weźmie - powiedział, celowo dwuznacznie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.