Ten problem nigdy nie był wspólny. To było jej szambo, w które sama się wpakowała, gdy znalazła się w jaskini przecież wracały do niej wspomnienia, sama to na siebie sprowadziła, była nieostrożna, polowała na coś i stało się. Jak zawsze sama była winna swojemu nieszczęściu, tylko nie potrafiła sobie poradzić z nim w pojedynkę. To było uwłaczające. Prosiła o pomoc, bo sama nie umiała o siebie zawalczyć, pewnie by przegrała. Ambroise jej nie odpuścił, nie miała nic do gadania, kiedy wyciągnął do niej pomocną dłoń, nie mogła jej odrzucić, jak zawsze okazał się być bardziej uparty, jak zawsze nie potrafiłą wystarczająco się mu postawić. W tej jaskini czekała na nich śmierć, była tego pewna, jakimś cudem udało im się jej wymknąć z dłoni, ale co jeśli ta historia skończyłaby się inaczej, jeśli bestia dokończyłaby swoje dzieło, doppelganger dotknął i jego, nie wiadomo, co właściwie mu zrobił. Miała do siebie żal, że ściągnęła na niego znowu swoje problemy, byłby szczęśliwszy i spokojniejszy bez niej w jego życiu, ona przynosiła zniszczenie. Wszystko, czego się dotykała zamieniało się w proch, nie potrafiła uratować własnego brata, ilu jeszcze osobom stanie się krzywda przez nią? Nigdy więcej nie dopuści do takiej sytuacji, zresztą to miała być ich ostatnia wspólna sprawa, dzisiaj mieli już się rozejść, zostawić to wszystko za sobą. Rozpocząć nowe życie. To miał być ich koniec. Pożegnanie na jakie zasługiwali, w końcu udało im się pokonać potwora. Tyle, że to zwycięstwo nie smakowało najlepiej, miało bardzo gorzki posmak.
Nigdy nie chciała, żeby to się skończyło. Odnajdywała się w tej ich sielance, nie spodziewała się, że to może zostać jej odebrane tak brutalnie, w jeden poranek, jakby te wszystkie razem spędzone lata nic nie znaczyły. Nie wiedziała dlaczego, tak samo jak nie wiedziała dlaczego dalej tkwił przy jej boku i dlaczego tak do niego pasował, jak nikt inny.
Przeżyli. Razem mogli wszystko, zawsze wydawało jej się, że z nim jest w stanie osiągnąć dużo więcej, niż w pojedynkę. Potrafili ze sobą współpracować, co zresztą było widać i tej koszmarnej nocy. Nadal rozumieli się bez słów, nikt im tego nie odebrał. To im zostało. Nie było to szczególnie pocieszające, nie kiedy wiedziała, że być może już nigdy nie będzie im dane kontynuowanie tej znajomości. Nie mogła go zmusić do tego, aby tkwił u jej boku, nie chciał tego, określił się już dawno temu. Nie powinna łapać się tego ostatniego źródła światła, resztki nadziei, która się dzisiaj pojawiła, to nie było prawdziwe. Nie chciała kolejny raz wpieprzać się do jego życia, jak zawsze w rozsypce, to nie powinno mieć miejsca. Nie mogła wymagać od niego, że wiecznie będzie się nią opiekował, a ona będzie przynosić ze sobą coraz większe gówno, bo nie mogło być lepiej, nie kiedy dążyła do autodestrukcji.
- Nie czuję chłodu. - Być może faktycznie jej ręce były chłodne, w środku jednak ogrzewały ją te wszystkie emocje, których nie mogła się pozbyć, spalały ją, pochłaniały jej całe ciało, chociaż na zewnątrz wydawała się być chłodna. Dużo się wydarzyło, nic nie poszło po jej myśli, musiała jakoś to przetrawić.
- Nic mi nie będzie. - Cóż, często okazywał jej troskę w ten sposób. Dbał o to, aby się nie przeziębiła, a gdy już do tego doszło bardzo szybko stawiał ją na nogi, poił tymi swoimi herbatkami, eliksirami, opiekował się nią. Nie musiał jej o tym przypominać, teraz już nie musiał się tym przejmować, nie musiał o nią dbać, to było już za nimi. Teraz musiała sobie radzić sama, nie miała innego wyjścia, nie, żeby szczególnie jej to wychodziło, ale robiła co mogła, naprawdę starała się jakoś dawać radę. Najwyraźniej jednak trudno jej się było odnaleźć w świecie bez niego. To, co kiedyś było oczywiste już dawno przestało takie być. Wszystko się zmieniło, oni się zmienili. Nigdy nie mieli wrócić do tego, co było. Powinna przywyknąć do tej myśli, chociaż to wcale nie było takie łatwe, kiedy otaczał ją swoimi ramionami, jakby wcale im tego nie odebrał. Nie miała do niego żalu, już nie, pogodziła się z tym, że nie była wystarczająca, w końcu to od zawsze była jej największa obawa, co innego mogło spowodować, że postanowił od niej odejść? Nie umiała znaleźć przyczyny, chociaż ciągle się nad tym zastanawiała. Może i była to desperacja, ale w tej chwili chciała cieszyć się tym, że na moment mogła mieć spowrotem, jakby znowu był jej. Ta troska, bliskość, było tym, czego teraz potrzebowała.
Nie miała pojęcia, jak długo będą tak trwać, jak dla niej to mogliby i całą wieczność, najchętniej po prostu odcięłaby się od całego świata i została tutaj, z nim. Robili to wiele razy. Zaszywali się w tym miejscu, chowali przed wszystkimi, mieli tylko siebie, co wcale im nie przeszkadzało. Potrafili się cieszyć tym czasem spędzonym we dwójkę, potrafili z niego korzystać, to było ich, nic innego się nie liczyło. Tylko, czy teraz właściwie było tak samo, zbyt wiele się zmieniło, zbyt wiele słów nie zostało wypowiedzianych, ale nie chciała, żeby padły teraz. Milczenie uspokajało, milczenie przynosiło ukojenie, i może padło już między nimi kilka słów, ale właściwie niczego nie wnosiły, ginęły przytłumione dźwiękiem fal, które uderzały o skały.
Nie zamierzała się stąd ruszać, sama nie wiedziała do kiedy. Nie umiała wyznaczyć im jakiejś granicy, co właściwie można było uznać za przyzwoite, a kiedy wypadałoby się od siebie odsunąć. Wiedziała, że to ją zaboli, ich zaboli? Czy mogła mieć pewność, że on chociaż trochę czuł się teraz jak ona? Nie mogła, ale w głębi duszy wiedziała, że coś musiało być na rzeczy, przecież go znała.
To był koszmarny czas. Dawno nie wydarzyło się w jej życiu tyle zła, dawno aż tak bardzo się nie gubiła w tym, co robiła. Jakby wszystko zaczęło się sypać, kiedy straciła Roisa - swoją kotwicę, on zawsze potrafił przemówić jej do rozsądku, powiedzieć, kiedy powinna odpuścić, gdy przepadł - zniknęły i jej granice. Pozwalała się ponieść byleby mogła coś poczuć, nic jednak nie potrafiło wypełnić pustki, która w niej została po tym bardzo brutalnie odebranym kawałku życia.
Otworzyła oczy, bała się, że jeśli to zrobi to nie zastanie go obok, ale nadal tutaj był, nadal ją obejmował. Może nie zniknie tak szybko? Mogła się jeszcze trochę połudzić. Jakoś złoży się w całość kiedy stąd odejdą, na pewno jej się to uda.
- Chodźmy. - Podniosła się w końcu na nogi, próbowała pociągnąć go ze sobą, miała nadzieję, że jakoś uda jej się to zrobić pomimo zmęczenia, które dawało o sobie znać. Chciała zmyć z siebie ten zapach, który na niej został, zresztą czuła, że Roise też był nim przesiąknięty. Morze zachęcało do tego, aby się w nim zanurzyć. Były to ostatnie dni lata, niedługo odejdzie, zostanie wyparte przez szarą jesień. Warto było więc skorzystać z tego jego desperackiego, końcowego tchnienia.
Zamierzała wejść do zimnej wody, pozwolić jej zabrać wszystko to, co pozostało na niej tej nocy. Nie puściła nadal dłoni Roisa, ich palce zostały ze sobą splecione, kiedy opuszczali jaskinię, nadal tak tkwiły, w silnym uścisku. Nie chciała jeszcze tracić tego poczucia bezpieczeństwa, więc pozwoliła sobie odrobinę mocniej ścisnąć jego dłoń, aby mieć pewność, że jej nie wypuści. Chciała, żeby poszedł tam z nią, żeby mogli spędzić razem jeszcze chociaż chwilę, tak jak robili to już wiele razy.