- Mógłbyś mi powiedzieć coś, czego nie wiem. - Zmarszczyła nos, i uśmiechnęła się przy tym pokazując mu język. Tak, dalej się z nim droczyła, trochę jak dzieciak, ale nie widziała w tym nic złego, ten wieczór był właściwie pełen niespodzianek. Nie do końca spodziewała się, że tak się potoczy. Oczywiście odezwała się też tylko po to, żeby Ambroise nie miał ostatniego słowa, bo cóż, nie chciała mu dawać tej przyjemności, szanujmy się - musiała dbać o to, aby nie miał za lekko.
- Nie? Nie jego nogi? - Wpatrywała się w Roisa, jakby nie mogła sobie przypomnieć o tym, co się wtedy wydarzyło, chociaż doskonale pamiętała, bo to było jedno z przyjemniejszych polowań, jakie przyszło jej zaliczyć w swoim życiu, o ile właściwie nie najprzyjemniejsze. Musiałam coś przegapić, na mnie ten pająk zrobił ogromne wrażenie. - Fatycznie był to dziwny okaz, który jak się okazało do niczego im się nie przydał, bo był skażony czarną magią i nie mogli go wykorzystać do czegokolwiek. Myślała, że zrobi mu prezent - wyszło jak zawsze, chociaż chyba nie był, aż taki zawiedzony przebiegiem tamtego polowania, starała się zrobić wszystko, żeby było wręcz przeciwnie.
Uratowali mieszkańców wioski przed tym osobnikiem, to był jedyny plus tej sytuacji, w sumie po części na tym też polegała jej praca - zabijałą bestie, aby nie niepokoiły ludzi, tyle, że tym razem nie miała szansy na tym zarobić i musiał jej wystarczyć uśmiech szczęśliwego, uwolnionego od strachu przed pająkiem bombelka.
- Wydaje mi się, że widziałam, ale on mnie wtedy nie widział, wiesz, nie doszło do interakcji, po prostu nie trafiał w schody i burczał coś pod nosem, a w sumie to śpiewał o jakiejś Mariannie? Nie pamiętam. - Raczej robiła wszystko, aby niepotrzebnie nie doprowadzać do spotkania twarzą w twarz z profesorami, kiedy wałęsała się po szkole, szczególnie w nocy. Zazwyczaj całkiem nieźle jej to wychodziło, problem miała jedynie z McGonagall. - Jakby zmrużyć oczy... szczególnie po wypiciu kilku głębszych, to może faktycznie miało to sens, Artie... - Roześmiała się wreszcie, bo zwizualizowała sobie tą całą sytuację i żałowała, że miała szansy jej obejrzeć na żywo, to naprawdę mogło być całkiem ciekawym doświadczeniem.
- Tak właściwie to mam swój jeden typ, może bardziej jednego typa? Który bardzo, ale to bardzo lubi mnie drażnić i dalej nie nauczył się, że to nie jest dobrym posunięciem... - Nie brała specjalnie jego słów do siebie, nie zamierzała się z nim kłócić, o to, że trochę za bardzo poniosła go wyobraźnia i ona też miała swoje standardy, może nie szczególnie wysokie, ale one istniały! Zresztą, przecież skończyła z jedną z najlepszych partii na lokalnym rynku kawalerów, chyba nie musiała mu o tym znowu przypominać?
Tak naprawdę to Yaxleyówna z nikim nie chciała zadawać się na dłuższą metę, to nigdy nie było jej celem, no dopóki ten tutaj, siedzący przed nią mężczyzna nie pojawił się w jej życiu. Wtedy się to zmieniło i zupełnie tego nie żałowała, chociaż bywały dni, kiedy zastanawiała się, jak właściwie doszło do tego, że udało mu się ją usidlić, szczególnie wtedy, gdy zachowywał się jakby pozjadał wszelkie rozumy, a ona nie chciała być mu dłużna. Na szczęście to przechodziło im bardzo szybko, a sam proces godzenia wynagradzał nieco zszargane nerwy. Zresztą równie szybko jak się odpalała to potrafiła się uspokoić.
- Zobaczymy, zobaczymy... - Tak, to mogło być bardzo zaciekłe starcie, zdawała sobie z tego sprawę i bardzo prawdopodobne było to, że ona je przegra przez swoją nieumyślność. Często podejmowała bardzo spontaniczne decyzje, pod wpływem chwili, bez głębszego zastanowienia, tak mogło być i tym razem, wystarczyłoby tylko, żeby Roise na nią odpowiednio spojrzał.
No i niestety patrzył na nią w ten sposób już od jakiegoś czasu, póki co jeszcze potrafiła nad sobą zapanować, ale wiedziała, że to może być kwestia kilku minut. Gdyby ktoś wtedy, kiedy spotkała go w Hogwarcie powiedział jej o tym, że kiedyś będzie reagowała na jego obecność w ten sposób to by go wyśmiała, tak bardzo mocno wyśmiała. Nigdy w życiu nie zakładałaby, że mogłoby ich połączyć cokolwiek. Nie znosiła go wtedy, wydawał się jej być największym z buców, zadzierał nosa, wywyższał się. Nie znosiła takich typów, a teraz ten typ był jej typem. Co za ironia.
- Nie ograniczaj się Roise, mów dalej, dobrze wiedzieć, że aż tak zalazłam ci wtedy za skórę. - Przecież tylko i wyłącznie o to jej chodziło. Chciała go zdenerwować, specjalnie go zaczepiała, podjudzała, żeby sprawdzić, czy jest w stanie doprowadzić go do irytacji, lubiła obserwować w jaki sposób reagują na nią ludzie, przekraczać cienką, czerwoną linię, żeby zobaczyć na ile może sobie pozwolić. Może skończyło się to kilkoma szlabanami - ale nie żałowała tego, no i jak widać osiągnęła to, co wtedy chciała osiągnąć, czyli misja zakończyła się sukcesem. Trochę pokrętne było to myślenie, no, ale ona w ten sposób spoglądała na świat.
- Tak, tak, wiem co byś z nią zrobił, gdyby była starsza. - Jak mogłaby o tym zapomnieć, skoro ciągle jej to powtarzał. Nie sądziła, żeby faktycznie mu się udało, chociaż kto wie, kto wie, czy byłaby mu się w stanie oprzeć. Pewnie nie, tak jak teraz nie do końca sobie z tym radziła. Zaczynała czuć żar, który pojawił się pod jej skórą, powoli zaczynał ją drażnić. To nie wróżyło niczego dobrego, wręcz przeciwnie, czyżby faktycznie miała przegrać to starcie, może to jednak wcale nie była całkowita przegrana? Tak, lepiej myśleć o tym w ten sposób.
- Najpierw mówiłeś o zasadach, a teraz wspominasz o tym, że nie trzeba grać czysto, mógłbyś się określić nieco jaśniej. - Przecież ustalali to wszystko na bieżąco, to była tylko głupia gra, którą każde z nich chciało wygrać, skoro mogli oszukiwać, to i ona zamierzała to robić. Nie była specjalnie honorowa, wystarczyło, aby dostrzegła, że on robi to samo.
- Pamiętam, pamiętam, jak mogłabym nie pamiętać. - Tak, musiała o tym pamiętać, chociaż za cholerę nie mogła się skupić. Rozproszyła się właściwie kilka minut temu, kiedy jej dłonie dotknęły jego klatki piersiowej, kiedy poczuła pod opuszkami palców jego skórę, zresztą teraz przysunął ich dłonie do jego ust. Na zbyt wiele sobie pozwalał, tak, ale ona tego nie przerywała. Najwyraźniej zaczynała godzić się z tym, że już przegrała.
- Złudzenia i pozory, wszystko jasne. - W tej chwili przecież to robiła, może nie do końca o to mu chodziło, ale tak było. Chciała porzucić już tę głupią zabawę, zbliżyć wreszcie swoje usta do jego i ukraść mu kilka pocałunków, może nawet więcej niż kilka?
- Atak, nie atak, tak, rozumiem. - O czym to właściwie rozmawiali? Nie miała pojęcia, powtarzała za nim te słowa jakby faktycznie wiedziała o czym do niej mówił, nie odrywała wzroku od jego twarzy, wpatrywała się jednak teraz w usta mężczyzny, które miała ochotę ukąsić, prosiły się o to.
- Ja zapomnę o eliksirze wiggenowym, a ty zapomnisz o tym naszym małym zakładzie... - Cóż, to nie było pytanie, bardziej to oznajmiła, aż w końcu postanowiła dostać to, co należało do niej. Przysunęła się do niego jeszcze bliżej, nachyliła swoją głowę nad jego i wreszcie zdecydowała się go pocałować. Jęknęła cicho, gdy ich usta się spotkały, bo od kilku minut nie myślała o niczym innym, tylko o tym, że ma ochotę to zrobić. Cóż, nie potrafiła zapanować nad tą potrzebą. Chyba przegrała, ale czy przegrana powinna smakować tak słodko? Bardziej czuła się zwycięzcą.