Podobało mu się to, co widział. Na ile Flynn robił to z rozmysłem, a na ile pod wpływem emocji? Mając całkowity mętlik w głowie? Bo wyglądał, jakby miał mętlik, jakby sam nie wiedział, co powinien teraz zrobić. A przecież klęczał przy nim człowiek, który doskonale wiedział, jak zachowywać się w najbardziej parnych sytuacjach. Wygrałem. Więc teraz, żeby wygrać, musiał jeszcze pozwolić na to zwycięstwo drugiej stronie. Satysfakcja z tej wygranej była ogromna. Rozpływała się po jego ciele i jeszcze mocniej unosiły nad ziemię. Człowiek mógł czuć się Bogiem tylko w takich sytuacjach. Kiedy łaska twoja spływała z każdego ruchu dłonią, gestu i szeptu na kogoś innego. Kiedy ktoś inny wynosił Cię na piedestał istoty pozaziemskiej, bo klęczał, bo chciał ogrzać ci nogi, bo chciał poczuć cząstkę tej boskości w sobie. Moralność w takich chwilach stawała się mizernym konceptem, kiedy uczucie wszechmocy opijała umysł jak szampan. To ich zbliżenie było niepodobne do żadnego z poprzednich. I byłoby kłamstwem, gdyby powiedział, że to nie zaczęło już teraz figurować na liście jego ulubionych, nawet jeśli niekoniecznie wchodzenie w role było jego rzeczą. Nie sprawiało mu za to problemu, żeby dla Flynna się do tej roli dopasować. Przecież nie dało się ukryć, że nawet jeśli te rozmówki były zabawne, to Edge poradził sobie wręcz obłędnie z dobraniem słów-kluczy, które od razu uderzały w odpowiedni dzwon. Więc - ulubione... ulubione spośród tych razy, jakie mieli między sobą? Ha... To było o wiele, wiele szersze porównanie.
- Nie widzisz? Już cię pokruszyłem. - W szepcie otarł się ustami o płatek jego ucha. Czy tak rzeczywiście było - nie wiedział, ale był pewien tego, że mózg Flynna już wariował. To było gdzieś koło tego etapu, gdzie Crow mógł zacząć mówić wszystkie sprośne rzeczy w bardzo wulgarnym tonie, albo zacząć mówić o otchłani, która pochłania, pożera... a on by mu powtórzył dokładnie to samo. Teraz zamienię Cię w pył. To zbliżenie rozkładało go na części pierwsze i wzrastało do najbardziej intymnych, jakie przeżył. Czemu? Dlaczego? Nie miał pojęcia, a teraz nawet nie miał przestrzeni umysłowej, żeby próbować to zrozumieć.
Zszedł w dół, z przyjemnością dając się otulić i przymykając na chwilę oczy w drżeniu od dotyku. Chciał mu odpowiedzieć, ale odpowiedź słowna na moment utknęła w urwanym oddechu.
- Dzisiaj jest tylko o tobie. Pokaż mi. - Wyciągnął do niego dłoń, proszą o poprowadzenie jej. Lecz choć potrafił zachować tyle trzeźwości umysłu w zbliżeniach, znał czułe punkty ludzi, wiedział jak zabawić drugą stronę to dzisiaj jego dłonie zatrzymywały się, drżały, jakby zapominał chwilowo o tym, że przecież miał coś zrobić, gdzieś nimi dotrzeć. Świat się zupełnie kończył w drżeniu. I przychodziła ta Pustka, której tak mocno poszukiwał i błagał o nią po nocach.
Tym razem przyszła do niego na jawie.
Śmiało można było oskarżyć Laurenta o sen, ale nie spał. Leżał zupełnie rozluźniony z głową opartą na klatce piersiowej Flynna mając wrażenie, że wszechświat nie mógł być spokojniejszym miejscem. Pomimo przedwczorajszej tragedii statku. Pomimo Windermere. Mimo Śmierciożerców i widm szalejących w Kniei Godryka.
- Mmm? - Przesunął palcem parę razy po jego udzie w delikatnym głaskaniu, a jego kąciki ust uniosły się kilka milimetrów wyżej na dźwięk jego głosu. Rozchylił powieki. - Podobało ci się, jak się zanudzam głupimi gadkami? - Trochę z tego zażartował, bo znając na tym poziomie Flynna wiedział, o co mu chodzi. Obrócił się lekko - tak, żeby móc spojrzeć na jego twarz. - Mam jedną klientkę z Blacków, którą kiedyś poszczułem Dumą. Tylko nie jestem pewien, czy nie spodobałaby ci się nasza rozmowa aż za bardzo i zgorszyłbyś tę sukę dobierając się do mnie na miejscu. - Pani Black była jedną z bardzo niewielu osób, do których Laurent żywił... bardzo głęboką urazę. A to było bardzo delikatnie ujęte. Wrócił do poprzedniej pozycji. Na jego boku, po przedwczorajszych nieprzygodach, nadal widniała resztka dużego siniaka. - Cóż, chyba nie pozostaje mi nic innego, jak Pana zatrudnić. Zdał Pan śpiewająco.