23.11.2024, 13:07 ✶
Nie widział. Bo kruszenie kogoś kojarzyło mu się z byciem zniszczonym, a on wcale nie czuł się zniszczony tylko nagi. Ktoś mu właśnie wyciągnął spomiędzy palców wiele lat doświadczenia, mury budowane przez trzy dekady, za którymi tak dzielnie się chował. Nie pokruszył się wcale - ale mógłby się pokruszyć gdyby ktoś wykorzystał ten moment, kiedy nie leżał obok Crowa tylko obok Fleamonta. Z kim innym się tak czuł? Z Fontaine na początku ich relacji. Z Millie, kiedy oboje znajdowali się nad przepaścią. Nie pomyślał o żadnej z nich - zamiast tego odgonił od siebie tę myśl, że czuł się tak z kimkolwiek innym niż Laurent. Może od zawsze był tylko Laurent. Liczył się tylko Laurent. To jak wyglądał, jak do niego mówił, jak się przed nim otwierał i zamykał, jak reagował na zaczepki i słodkie słowa. Nawet jeżeli był tam ktoś jeszcze, musiał teraz zapłakać nad swoją nieistotnością, bo jedynym o czym co do niego docierało była jasna plama pożerająca teraz całą jego egzystencję. Dzisiaj miało być o nim, ale trwało bardzo krótko. Jego myśli były zbyt rozbiegane wokół leżącej na nim postaci, żeby powstrzymywał się przed szczytowaniem. To było zwyczajnie niemożliwe. Drżał jeszcze w momencie prowadzenia w to samo miejsce jego i dopiero wtedy odetchnął. Przypomniał sobie o tym gdzie w ogóle był, jak znaleźli się na tej podłodze i skąd wzięła się ręka wpleciona w jego włosy.
Na krótki moment zamarł. Gapił się na niego w milczeniu, dopiero po dłuższej przerwie rozejrzał się wokół. Jeżeli dostrzegł jakąś ścierkę lub ręcznik, to przyciągnął je do siebie, jeżeli nie - sięgnął po koszulę, którą zrzucił z siebie Laurent. Musiał wytrzeć czymś swój brzuch. Niekoniecznie dlatego, że chciał - zwyczajnie tak wypadało, bo chciał położyć go na sobie wygodniej, bliżej, ciaśniej. Zasypując kark blondyna dwiema garściami pocałunków naciągnął mu na plecy zrzucony wcześniej koc i w ten sposób trwał.
- Byłeś... - piękny i tak dobrze posługiwałeś się słowem żeby dostać to czego chciałeś. Głośno przełknął ślinę. - Wyjątkowy. Inny niż kiedy rozmawiasz ze mną. - I niekoniecznie wpadł na to, że ta prawda również była odbita w krzywym zwierciadle - bo przecież podsłuchał Laurenta takim, jakiego się go spodziewano zastać. A później faktycznie się zaśmiał, ale z siłą kogoś naprawdę zmęczonego. - Naprawdę jesteś zajebistym zbokiem - przyznał, próbując przetrawić to jak brzmiało słowo suka w odniesieniu do kobiety z ust kogoś, kto cytując innych zamieniał wulgaryzmy na słowa o bliskim znaczeniu. - Pokażę ci wieczorem coś co lubię, a jutro... - w piątek, w który wciąż miał czas na spędzenie tu nocy - pokażesz mi się ty.
Kiedy Laurent zadarł głowę do góry, Crow chwycił go wolną ręką za podbródek, przesuwając kciukiem wzdłuż jego wargi.
- Co się stało? - Zapytał nieco mniej spokojnie przesuwając palcami w miejscu, gdzie znajdowały się pozostałości po uderzeniu...? I tak, zdawał sobie sprawę z tego, że chłopak mógł po prostu spaść z konia, a on sam niekoniecznie musiał się tym przejmować do stopnia, w którym od razu marszczył brwi na myśl, że ktoś mu w ten bok przywalił. Tylko że to było silniejsze od niego. Chciał się zapytać o ten wyjazd. O to gdzie był, z kim. O detale podróży i o jej cel. Istniał tylko jeden problem - nawet kiedy ktoś Prewetta krzywdził, pytania nie wylewały się z niego od razu. Do tej pory nie wiedział do końca co zaszło pomiędzy nim i Astarothem poza manipulacją. A losowe pytania o to jak spędził tydzień? Wydawały mu się takie... Nienaturalne. Nigdy tak nie rozmawiali. Nie przywykł do tego ani z nim, ani ogólnie. Z Alexandrem spędzał każdy dzień, dobrze wiedział czym się zajmował. Cain w gruncie rzeczy mówił mu niewiele, a on nie widział sensu w proszeniu się o potok kłamstw zwieńczonych ciepłym uśmiechem. John zalewał go informacjami niepytany. Reszta? Z resztą osób mających dla niego znaczenie widział się na tyle rzadko, żeby próbować streścić o wiele większy kawałek życia, najczęściej przy szklance alkoholu otwierającego mordę przy trzecim łyku.
- W... Sobotę i niedzielę mam występy - powiedział więc. Niby dobrze, takie rzeczy musiały być powiedziane, ale wcale nie czuł się tak, jakby zrobił coś dobrze. Czemu? Przygryzł wargę, dopiero po kilku sekundach dotarł do niego powód. - Nie jesteśmy już razem. - Nie wyjaśnił dlaczego, ale to chyba wystarczyło żeby przekazać, że nie będzie wracał do niego?
Na krótki moment zamarł. Gapił się na niego w milczeniu, dopiero po dłuższej przerwie rozejrzał się wokół. Jeżeli dostrzegł jakąś ścierkę lub ręcznik, to przyciągnął je do siebie, jeżeli nie - sięgnął po koszulę, którą zrzucił z siebie Laurent. Musiał wytrzeć czymś swój brzuch. Niekoniecznie dlatego, że chciał - zwyczajnie tak wypadało, bo chciał położyć go na sobie wygodniej, bliżej, ciaśniej. Zasypując kark blondyna dwiema garściami pocałunków naciągnął mu na plecy zrzucony wcześniej koc i w ten sposób trwał.
- Byłeś... - piękny i tak dobrze posługiwałeś się słowem żeby dostać to czego chciałeś. Głośno przełknął ślinę. - Wyjątkowy. Inny niż kiedy rozmawiasz ze mną. - I niekoniecznie wpadł na to, że ta prawda również była odbita w krzywym zwierciadle - bo przecież podsłuchał Laurenta takim, jakiego się go spodziewano zastać. A później faktycznie się zaśmiał, ale z siłą kogoś naprawdę zmęczonego. - Naprawdę jesteś zajebistym zbokiem - przyznał, próbując przetrawić to jak brzmiało słowo suka w odniesieniu do kobiety z ust kogoś, kto cytując innych zamieniał wulgaryzmy na słowa o bliskim znaczeniu. - Pokażę ci wieczorem coś co lubię, a jutro... - w piątek, w który wciąż miał czas na spędzenie tu nocy - pokażesz mi się ty.
Kiedy Laurent zadarł głowę do góry, Crow chwycił go wolną ręką za podbródek, przesuwając kciukiem wzdłuż jego wargi.
- Co się stało? - Zapytał nieco mniej spokojnie przesuwając palcami w miejscu, gdzie znajdowały się pozostałości po uderzeniu...? I tak, zdawał sobie sprawę z tego, że chłopak mógł po prostu spaść z konia, a on sam niekoniecznie musiał się tym przejmować do stopnia, w którym od razu marszczył brwi na myśl, że ktoś mu w ten bok przywalił. Tylko że to było silniejsze od niego. Chciał się zapytać o ten wyjazd. O to gdzie był, z kim. O detale podróży i o jej cel. Istniał tylko jeden problem - nawet kiedy ktoś Prewetta krzywdził, pytania nie wylewały się z niego od razu. Do tej pory nie wiedział do końca co zaszło pomiędzy nim i Astarothem poza manipulacją. A losowe pytania o to jak spędził tydzień? Wydawały mu się takie... Nienaturalne. Nigdy tak nie rozmawiali. Nie przywykł do tego ani z nim, ani ogólnie. Z Alexandrem spędzał każdy dzień, dobrze wiedział czym się zajmował. Cain w gruncie rzeczy mówił mu niewiele, a on nie widział sensu w proszeniu się o potok kłamstw zwieńczonych ciepłym uśmiechem. John zalewał go informacjami niepytany. Reszta? Z resztą osób mających dla niego znaczenie widział się na tyle rzadko, żeby próbować streścić o wiele większy kawałek życia, najczęściej przy szklance alkoholu otwierającego mordę przy trzecim łyku.
- W... Sobotę i niedzielę mam występy - powiedział więc. Niby dobrze, takie rzeczy musiały być powiedziane, ale wcale nie czuł się tak, jakby zrobił coś dobrze. Czemu? Przygryzł wargę, dopiero po kilku sekundach dotarł do niego powód. - Nie jesteśmy już razem. - Nie wyjaśnił dlaczego, ale to chyba wystarczyło żeby przekazać, że nie będzie wracał do niego?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.