23.11.2024, 15:36 ✶
Szkoda, pomyślała Lorraine, której anemiczne oblicze – choć rozmawiały na tematy poważne i podniosłe – rozpromienił niefrasobliwy uśmiech: chyba najszczerszy, jakim do tej pory obdarzyła Victorię. Twarz bohaterki z Beltane na teatralnym plakacie ściągnęłaby przecież tłumy do Selwynów, dodała w myślach, wyraźnie zafascynowana refleksjami kobiety, jak i podsuniętą przez nią metaforą. Cichy śmiech Lorraine, równie nieodpowiedni co chichot na pogrzebie, zalał kostnicę: rozświetlił wnętrze zakładu, które wydało się mniej ponure, a bardziej... Trudno to było opisać to wrażenie. Necronomicon był miejscem mrocznym, ze skrzypieniem desek parkietu przypominającym płacz żałobników i przeciągami, które hulały, zawodząc, po wąskich korytarzach – nie potrafiąc przegnać gęstej ciemności przenikającej mury i zalegającej w czarnych jak obsydian fundamentach. Przez krótką chwilę ciemność i światło były jednak w doskonałej równowadze, tak jak kontrastujące ze sobą postacie Victorii i Lorraine. Przez krótką chwilę zamiast w kostnicy stały w dusznym od słońca salonie, rozmawiając nie nad trupem – a nad ciastkami i herbatą, której sentymentalny zapach niósł się po domu jak dym kadzideł po zakładzie pogrzebowym. Lorraine nie nawykła nazywać Necronomiconu domem, ale jego ściany słyszały więcej śmiechu niż niejeden dom rodzinny.
– Te same gwiazdy świecą blaskiem swych jupiterów na aktora, którego przywilejem jest przecież improwizacja. Nie my decydujemy, w jakiej roli nas obsadzą – do nas jednak należy wybór, jak ją odegramy. – I to zmienia absolutnie wszystko, choć wydaje się, że nie zmienia nic. Słowa, które równie dobrze mogłyby paść z ust jej ojca. Armand nigdy nie był człowiekiem religijnym, a jedynym bogiem, którego wyznawał, był zapewne on sam, ale tak jak on uważał, że ludzie są bliscy bogom, tak Lorraine uważała, że bogowie są bliscy ludziom: odnajdywali w tym połączeniu zaskakujące porozumienie. Lorraine widziała podobny potencjał na porozumienie się z Victorią. – To, co chcę powiedzieć... – dodała miękko – ...Może jedno wcale nie wyklucza drugiego.
Istnienie boskiego planu nie wykluczało posiadania wolnej woli, tak jak wiara nie musiała nieść brzemienia determinizmu. Wiara nie była narzędziem kontroli, nie, wiara była wyzwoleniem. Matka, do której się modliła, pozwalała swym dzieciom podążać ich własnymi ścieżkami, łagodnie kierując na proste trakty – nawet kiedy ignorowali jej rady i błądzili pośród krętych bezdroży – matka, którą miała, nie znosiła sprzeciwu, zawsze wymagając, aby wszystko było podług jej rozkazów. Matka, do której się modliła, była matką, którą zawsze chciała mieć: taką, która wspiera, kładąc współczująco rękę na ramieniu, a nie taką, która wpija w nie brutalnie palce, pozostawionymi sińcami zmuszając do prostowania na sztywno pleców. Matka, do której się modliła, była boginią – matka, którą dane jej było mieć, była kobietą – która z nich okazała się łaskawsza?
Lorraine drgnęła na wspomnienie Limbo. Pomyślała o Atreusie, o tym, jak zmieniony wyszedł z otchłani: nie próbowała zrozumieć tego, co tam przeżył – gdyby jeszcze on sam to rozumiał, pomyślała lekko pogardliwie wspominając jego żałosne "nic nie możesz zrobić, Lorraine" – mimo że była na niego obecnie wściekła, nie potrafiła pozbyć się troski o Bulstrode'a. Chciała powiedzieć coś jeszcze, wyraźnie poruszona wspomnieniami Victorii, ale nagle wszystko zaczęło dziać się bardzo szybko: całun opadł, odsłaniając spotworniałą, ludzką tkankę, tętniącą trupim pulsem, a dookoła zapanował znów mrok – po świetlistym śmiechu nie pozostało choćby wspomnienie, gdy zaległa między nimi cisza, przerywana jedynie obleśnymi, mlaszczącymi odgłosami z każdą chwilą coraz bardziej nabrzmiałego ciała. Lorraine nie mogła odwrócić wzroku. Lorraine nie potrafiła odwrócić wzroku. Nawet ciężkie powieki, zwykle opadające na oczy, uniosły się, chłonąc makabrę, choć półwiła nie wyglądała na przerażoną – wbrew bladej twarzy, bezkrwawych ust i szoku wymalowanego na obliczu – bardziej na... Zafascynowaną. Bez słowa sprzeciwu usłuchała jednak Victorii, stając za nią, chociaż zrozumienie wydanego przez auror polecenia zajęło jej chwilę – trwała bowiem, wpatrzona w wypaczone studium człowieczeństwa, drgające przed nimi w konwulsjach. To jak poród, pomyślała nieprzytomnie, wspominając obrazy Baldwina opowiadające o tajemnicy boskiej trójcy, Dziewicy, Matki i Staruchy, przeobrażających się jedna w drugą w nieustannym kręgu życia, poród, tylko na odwrót.
– Czy tak... Czy tak wygląda Limbo? – Pytanie wyszło z jej ust szybciej niż zdążyła je powstrzymać, uformowane przez drżące, lekko rozchylone wargi, które musiały zapomnieć, że lata temu zadała to samo pytanie Ambrosii: wtedy, kiedy szukała u wróżbitki pocieszenia po tym, jak zdiagnozowano u Mirandy terminalne stadium włochatości serca. Choroba szybko wyssała z niej resztki życia, tak z leżących przed nimi ciał zjawy z Kniei wyssały czas. Zabrano im lata, które przeżyli, i lata, które mieli jeszcze przeżyć... Na litość Matki, weź się w garść, Lorraine.
– Nie wiem jak to powstrzymać – Głos na szczęście jej nie drżał, a różdżkę wciąż trzymała w pogotowiu. – Spróbujmy... Spróbujmy zamknąć to w sarkofagu?
Wyobraziła sobie taki sarkofag. Przejrzysta, szklana trumna, choć zbudowana z czegoś trwalszego niż szkło: twarda skorupa, która ukryłaby w sobie skorupę człowieka – o ile to, co leżało przed nimi, wciąż było człowiekiem. Lorraine wierzyła, że tak. Zaczęła splatać posuwistymi ruchami dłoni zaklęcie, nieświadoma, że zamiast inkantacji szepcze pod nosem modlitwę do Matki.
kształtowanie (T)
– Te same gwiazdy świecą blaskiem swych jupiterów na aktora, którego przywilejem jest przecież improwizacja. Nie my decydujemy, w jakiej roli nas obsadzą – do nas jednak należy wybór, jak ją odegramy. – I to zmienia absolutnie wszystko, choć wydaje się, że nie zmienia nic. Słowa, które równie dobrze mogłyby paść z ust jej ojca. Armand nigdy nie był człowiekiem religijnym, a jedynym bogiem, którego wyznawał, był zapewne on sam, ale tak jak on uważał, że ludzie są bliscy bogom, tak Lorraine uważała, że bogowie są bliscy ludziom: odnajdywali w tym połączeniu zaskakujące porozumienie. Lorraine widziała podobny potencjał na porozumienie się z Victorią. – To, co chcę powiedzieć... – dodała miękko – ...Może jedno wcale nie wyklucza drugiego.
Istnienie boskiego planu nie wykluczało posiadania wolnej woli, tak jak wiara nie musiała nieść brzemienia determinizmu. Wiara nie była narzędziem kontroli, nie, wiara była wyzwoleniem. Matka, do której się modliła, pozwalała swym dzieciom podążać ich własnymi ścieżkami, łagodnie kierując na proste trakty – nawet kiedy ignorowali jej rady i błądzili pośród krętych bezdroży – matka, którą miała, nie znosiła sprzeciwu, zawsze wymagając, aby wszystko było podług jej rozkazów. Matka, do której się modliła, była matką, którą zawsze chciała mieć: taką, która wspiera, kładąc współczująco rękę na ramieniu, a nie taką, która wpija w nie brutalnie palce, pozostawionymi sińcami zmuszając do prostowania na sztywno pleców. Matka, do której się modliła, była boginią – matka, którą dane jej było mieć, była kobietą – która z nich okazała się łaskawsza?
Lorraine drgnęła na wspomnienie Limbo. Pomyślała o Atreusie, o tym, jak zmieniony wyszedł z otchłani: nie próbowała zrozumieć tego, co tam przeżył – gdyby jeszcze on sam to rozumiał, pomyślała lekko pogardliwie wspominając jego żałosne "nic nie możesz zrobić, Lorraine" – mimo że była na niego obecnie wściekła, nie potrafiła pozbyć się troski o Bulstrode'a. Chciała powiedzieć coś jeszcze, wyraźnie poruszona wspomnieniami Victorii, ale nagle wszystko zaczęło dziać się bardzo szybko: całun opadł, odsłaniając spotworniałą, ludzką tkankę, tętniącą trupim pulsem, a dookoła zapanował znów mrok – po świetlistym śmiechu nie pozostało choćby wspomnienie, gdy zaległa między nimi cisza, przerywana jedynie obleśnymi, mlaszczącymi odgłosami z każdą chwilą coraz bardziej nabrzmiałego ciała. Lorraine nie mogła odwrócić wzroku. Lorraine nie potrafiła odwrócić wzroku. Nawet ciężkie powieki, zwykle opadające na oczy, uniosły się, chłonąc makabrę, choć półwiła nie wyglądała na przerażoną – wbrew bladej twarzy, bezkrwawych ust i szoku wymalowanego na obliczu – bardziej na... Zafascynowaną. Bez słowa sprzeciwu usłuchała jednak Victorii, stając za nią, chociaż zrozumienie wydanego przez auror polecenia zajęło jej chwilę – trwała bowiem, wpatrzona w wypaczone studium człowieczeństwa, drgające przed nimi w konwulsjach. To jak poród, pomyślała nieprzytomnie, wspominając obrazy Baldwina opowiadające o tajemnicy boskiej trójcy, Dziewicy, Matki i Staruchy, przeobrażających się jedna w drugą w nieustannym kręgu życia, poród, tylko na odwrót.
– Czy tak... Czy tak wygląda Limbo? – Pytanie wyszło z jej ust szybciej niż zdążyła je powstrzymać, uformowane przez drżące, lekko rozchylone wargi, które musiały zapomnieć, że lata temu zadała to samo pytanie Ambrosii: wtedy, kiedy szukała u wróżbitki pocieszenia po tym, jak zdiagnozowano u Mirandy terminalne stadium włochatości serca. Choroba szybko wyssała z niej resztki życia, tak z leżących przed nimi ciał zjawy z Kniei wyssały czas. Zabrano im lata, które przeżyli, i lata, które mieli jeszcze przeżyć... Na litość Matki, weź się w garść, Lorraine.
– Nie wiem jak to powstrzymać – Głos na szczęście jej nie drżał, a różdżkę wciąż trzymała w pogotowiu. – Spróbujmy... Spróbujmy zamknąć to w sarkofagu?
Wyobraziła sobie taki sarkofag. Przejrzysta, szklana trumna, choć zbudowana z czegoś trwalszego niż szkło: twarda skorupa, która ukryłaby w sobie skorupę człowieka – o ile to, co leżało przed nimi, wciąż było człowiekiem. Lorraine wierzyła, że tak. Zaczęła splatać posuwistymi ruchami dłoni zaklęcie, nieświadoma, że zamiast inkantacji szepcze pod nosem modlitwę do Matki.
kształtowanie (T)
Rzut T 1d100 - 65
Sukces!
Sukces!