23.11.2024, 16:27 ✶
Kolejny kontrast. Czasami wręcz szokowało to jak dwójka ludzi mogła się od siebie różnić. Już któryś raz z kolei Laurent cieszył się ciepłem, kiedy on w środku zimy chodził w jesiennej kurtce, bo w zimowej kurtce wyglądało się... źle. Wracanie do domu zmarzniętym było niską ceną za komfort, jaki mu to dawało. Jak bardzo inaczej dało się odczuwać pewne rzeczy? Bletchley już uciekłby od niego pod prysznic, a na widok koca mającego przykryć mu plecy zmiażdżyłby go pozornie niewiele mówiącym spojrzeniem.
- Żebyś mną manipulował? No niezbyt. - Nie uśmiechnął się. Powiedział to takim tonem, jakby to co właśnie przekazał, było jedną z najszczerszych rzeczy, jakie kiedykolwiek opuściły usta w towarzystwie Laurenta, ale nie była to do końca prawda - nie chciał mieć złamanego serca, za to gry, gierki - żadna to przecież nowość zrozumieć jak bardzo go to przyciągało. Poprawił lekko ich ułożenie, przyjmując do wiadomości rozdzielanie pracy od wszystkiego, co poza nią. Potrafił pojąć koncepcję takiego działania, ale nigdy nie była mu ani trochę bliska - odkąd sięgał pamięcią miłość, praca, rodzina, znajomi - wszystko to było jednością, budowało strukturę jego świata. Cyrk czy Ścieżki - w obu miejscach funkcjonował podobnie. - Jeżeli mają być tak ładne jak sukienka, w której siedziałeś na tej plaży, to masz moje zainteresowanie. - Pewnie nie powinien do tego wracać, ale przywrócenie ich do tamtego tygodnia i tak rozmyło się pod naporem kolejnych słów.
Poznanie kogoś z jego rodziny. Tutaj również pojawiały się pytania. O której? Dlaczego? Jakie to było zabezpieczenie? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że zrobiłbym trzy razy lepsze? Na pewno się mnie nie wstydzisz? Jako kogo mnie przedstawisz? Jako Flynna Bella, czy jako Crowa? A może jako Edga? Jego cyrkowe imię stało się na przestrzeni ostatniego miesiąca popularniejsze, niż jakiekolwiek inne. Jako swojego znajomego? Przyjaciela? Kogokolwiek bliskiego sercu? Nabrał powietrza, jakby chciał zapytać o to wszystko na jednym wdechu, ale jedynym co opuściło jego usta, było krótkie i mało precyzyjne:
- Rano...?
Rano rozumiane przez normalnych ludzi oznaczało dla niego zwykle środek nocy. Dzień w dzień budził się około czternastej, a przynajmniej o tej godzinie doprowadzał się do stanu jakiejkolwiek przytomności. Prewett miał już tego przedsmak - raz obudził się w tym łóżku widząc go samotnego na tarasie po tym jak wylegiwał się tu o wiele godzin za dużo. Może myślał, że to jednostkowa sytuacja?
Tak dużo znaków zapytania... A to na ilość pytań zadawanych przez Laurenta narzekał ostatnio! To, co mu wtedy powiedział, doprawiało go chyba dodatkową szczyptą wstydu, przez którą nie mógł się przemóc i dusił to wszystko w sobie.
Zatonął.
Nie poprawił go na głos.
- Przyniosę ci słoik. Będziesz wrzucał do niego knuta za każdym razem kiedy powiesz przepraszam. Może wtedy zauważysz, jak często to mówisz. - Czy chciał dowiedzieć się o tym zdarzeniu więcej? Tak. Niewątpliwie. Generalnie wbrew temu co bredził, naprawdę lubił Laurenta słuchać. Nie pociągnął tego dalej tylko przez własne tchórzostwo. Objął go szczelniej, pocałował w czubek głowy i trwał tak. Zegar w jego głowie tykał, a żadne sensowne słowa nie przychodziły. Cieszę się, że wyszedłeś z tego cało nie brzmiało dobrze. Głównie przez irytację związaną z jego nieobecnością w tym zdarzeniu. Jak to statek zatonął? Czy nie dało się nic z tym zrobić? Czy on nie dałby rady nic z tym zrobić?
- Laurent, pamiętasz, że... - wciąż nie jestem sam. Był ten drugi. I Laurent czy pamiętasz, że wina w takich historiach nigdy nie leży po obu stronach, nawet gdyby zawziąć się z całej siły w wiarę w narrację o złym i niedobrym Alexandrze rujnującym ich związek? - Eh. - Wszystko, co mógłby o tym powiedzieć, wciąż brzmiało tak... dziwnie. Jakby nigdy nie powinno być wypowiadane na głos, a łamanie tej zasady nie było mile widziane. Nie lubił tej ciszy, kiedy mówił coś dłuższego i wszyscy się na niego gapili. Tego... skupienia.
Pokręcił głową. Za trzeźwy na cokolwiek głębszego niż leniwe westchnienie.
- Żebyś mną manipulował? No niezbyt. - Nie uśmiechnął się. Powiedział to takim tonem, jakby to co właśnie przekazał, było jedną z najszczerszych rzeczy, jakie kiedykolwiek opuściły usta w towarzystwie Laurenta, ale nie była to do końca prawda - nie chciał mieć złamanego serca, za to gry, gierki - żadna to przecież nowość zrozumieć jak bardzo go to przyciągało. Poprawił lekko ich ułożenie, przyjmując do wiadomości rozdzielanie pracy od wszystkiego, co poza nią. Potrafił pojąć koncepcję takiego działania, ale nigdy nie była mu ani trochę bliska - odkąd sięgał pamięcią miłość, praca, rodzina, znajomi - wszystko to było jednością, budowało strukturę jego świata. Cyrk czy Ścieżki - w obu miejscach funkcjonował podobnie. - Jeżeli mają być tak ładne jak sukienka, w której siedziałeś na tej plaży, to masz moje zainteresowanie. - Pewnie nie powinien do tego wracać, ale przywrócenie ich do tamtego tygodnia i tak rozmyło się pod naporem kolejnych słów.
Poznanie kogoś z jego rodziny. Tutaj również pojawiały się pytania. O której? Dlaczego? Jakie to było zabezpieczenie? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że zrobiłbym trzy razy lepsze? Na pewno się mnie nie wstydzisz? Jako kogo mnie przedstawisz? Jako Flynna Bella, czy jako Crowa? A może jako Edga? Jego cyrkowe imię stało się na przestrzeni ostatniego miesiąca popularniejsze, niż jakiekolwiek inne. Jako swojego znajomego? Przyjaciela? Kogokolwiek bliskiego sercu? Nabrał powietrza, jakby chciał zapytać o to wszystko na jednym wdechu, ale jedynym co opuściło jego usta, było krótkie i mało precyzyjne:
- Rano...?
Rano rozumiane przez normalnych ludzi oznaczało dla niego zwykle środek nocy. Dzień w dzień budził się około czternastej, a przynajmniej o tej godzinie doprowadzał się do stanu jakiejkolwiek przytomności. Prewett miał już tego przedsmak - raz obudził się w tym łóżku widząc go samotnego na tarasie po tym jak wylegiwał się tu o wiele godzin za dużo. Może myślał, że to jednostkowa sytuacja?
Tak dużo znaków zapytania... A to na ilość pytań zadawanych przez Laurenta narzekał ostatnio! To, co mu wtedy powiedział, doprawiało go chyba dodatkową szczyptą wstydu, przez którą nie mógł się przemóc i dusił to wszystko w sobie.
Zatonął.
Nie poprawił go na głos.
- Przyniosę ci słoik. Będziesz wrzucał do niego knuta za każdym razem kiedy powiesz przepraszam. Może wtedy zauważysz, jak często to mówisz. - Czy chciał dowiedzieć się o tym zdarzeniu więcej? Tak. Niewątpliwie. Generalnie wbrew temu co bredził, naprawdę lubił Laurenta słuchać. Nie pociągnął tego dalej tylko przez własne tchórzostwo. Objął go szczelniej, pocałował w czubek głowy i trwał tak. Zegar w jego głowie tykał, a żadne sensowne słowa nie przychodziły. Cieszę się, że wyszedłeś z tego cało nie brzmiało dobrze. Głównie przez irytację związaną z jego nieobecnością w tym zdarzeniu. Jak to statek zatonął? Czy nie dało się nic z tym zrobić? Czy on nie dałby rady nic z tym zrobić?
- Laurent, pamiętasz, że... - wciąż nie jestem sam. Był ten drugi. I Laurent czy pamiętasz, że wina w takich historiach nigdy nie leży po obu stronach, nawet gdyby zawziąć się z całej siły w wiarę w narrację o złym i niedobrym Alexandrze rujnującym ich związek? - Eh. - Wszystko, co mógłby o tym powiedzieć, wciąż brzmiało tak... dziwnie. Jakby nigdy nie powinno być wypowiadane na głos, a łamanie tej zasady nie było mile widziane. Nie lubił tej ciszy, kiedy mówił coś dłuższego i wszyscy się na niego gapili. Tego... skupienia.
Pokręcił głową. Za trzeźwy na cokolwiek głębszego niż leniwe westchnienie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.