23.11.2024, 19:15 ✶
Taaak, czerwień coś tam coś tam... Nie miał zielonego pojęcia, o czym Laurent mówił - dla niego to była przecież ciemna sukienka kontrastująca z jasną skórą i niemalże białymi włosami. Było jednak w świecie pewne przyzwolenie na to, żeby mężczyźni się na tym zupełnie nie znali. Moda, kolory, dekoracje, tworzenie z domu przytulnego miejsca - Crow nie musiał się nawet starać, bo społeczeństwo całkowicie akceptowało to, że jako mężczyzna może tego nie potrafić. Cień uśmiechu, jakim skwitował tę wypowiedź, był więc bardzo bezpieczną ucieczką do prawdy zatajanej przed każdym, kto nie zdążył zorientować się sam. Zresztą, nawet gdyby to przykuło jego uwagę - o wiele istotniejszą wydawała się sprawa godziny ósmej. Tak, to był ranek normalnych ludzi, nie ranek Crowa, którego rytm dobowy rozpadł się dawno, dawno temu, kiedy większość czasu spędzał pod ziemią, a w Fantasmagorii nikt nie miał odwagi ani chęci zaprotestowania jego destrukcyjnym nawykom bardziej niż wciskając mu coś do jedzenia.
- Wiesz... nie jestem typem rannego ptaszka. - Próbował ugryźć to dyplomatycznie, zgrabnie omijając szczegóły takie jak to, że miał tę jego kuzynkę w głębokim poważaniu i właściwie to nieco bał się kłótni z jego rodziną jeszcze zanim sami rozumieli, co między nimi było.
Przesunął spojrzeniem po drzwiach od tarasu.
- Na te drzwi? - To chyba było oczywiste? Zastanawiał się więc nad tym gdzie mógłby się na ten czas zaszyć. Mógłby zwyczajnie opuścić New Forest na kilka godzin, ale mógłby też przebiec się po okolicy i rozumieć lepiej otoczenie, w jakim się teraz znajdował. Nie był tylko pewny czy mógł?
Na dźwięk słowa niepoprawne Crow wywrócił oczyma. Wpierw chcąc to skomentować, ugryzł się w język i podziękował sobie za to - bo chciał przypomnieć mu o tym, że ludzie śmiali się w najgorszych momentach swojego życia, bo to ratowało ich dusze przed kompletnym zagubieniem się w rozpaczy. Ale na jakich przykładach mógłby mu to opowiedzieć? Na przykładach ofiar wojen i niegodziwości opowiadających żarty z oprawcy. Na przykładach wrogów Fontaine widzących czarną postać zbliżającą się do nich powoli i witających ją jak dobrego przyjaciela, bo docierało do nich, że śmierć była ostateczna, a oni nie mogli nic z tym zrobić. To... niekoniecznie coś, z czym chcesz, żeby twoja dziunia kojarzyła cię, leżąc na tobie i dotykając cię dłonią po torsie.
Wreszcie, po zastanowieniu, ostatecznie ubrał to w jakieś słowa.
- Chuj mnie obchodzi, co jest poprawne, a co nie. Nikt oprócz mnie się teraz na ciebie nie patrzy, a ty nie nabijasz się z czyjejś śmierci, tylko przeżywasz na swój sposób coś, co cię dotknęło. - Zrobiłoby się nieco niezręcznie gdyby Laurent powiedział teraz, że to on ich utopił...
Może nie powinien pytać o takie rzeczy? Może rozgrzebywanie tego było błędem pogłębiającym takie rany na ciele? Bo czuł się z tym gorzej. Z tym jak blondyn stracił na moment swój blask, przestał się tak pięknie iskrzyć i zamiast tego odpłynął gdzieś... gdzie? Myślami do tych okropnych scen z przeszłości niszczących mu nastrój. Tak jak jemu niszczyła teraz nastrój jego własna niedoskonałość.
O... tym wszystkim...
O...
Chciałby to jakoś odgonić. Uciekł spojrzeniem w bok, jednocześnie nie mogąc uciec od jego bliskości. Od nazywania się kocem, bo owszem - otulał go jak ta świeża pierzyna. Mógłby powiedzieć, że był lepszy niż koc, ale najpierw trzeba było odpowiedzieć na O. Mógłby mu powiedzieć, że jest prześliczny, idealny, pragnął go w każdej formie, jaką zechciałby przybrać. Ale wtedy również - musiałby odpowiedzieć na O. Oczywiście, że by z nim zatańczył, nawet jeżeli nie cierpiał tańca towarzyskiego, a to z nim go kojarzył, tylko to O nadal dźwięczało mu w głowie. Czar pryskał, wszystko zdawało się wymykać mu spomiędzy palców. Zwieńczenie karuzeli, jaką były odczuwane przez niego emocje, okazało się imię, którego nie lubił słyszeć, ale w tym kontekście nazbierało w nim tyle gniewu, że zacisnął oczy i aż zadrżał. To drżenie było jedynym dowodem tego, że Crow w ogóle słyszał to, co się do niego mówiło.
Słyszał, on zawsze słyszał, zwyczajnie...
Rozwiązaniem tej sytuacji była rozmowa, tylko zdobycie się na rozmowę wcale nie było w jego przypadku proste.
- Wiesz... nie jestem typem rannego ptaszka. - Próbował ugryźć to dyplomatycznie, zgrabnie omijając szczegóły takie jak to, że miał tę jego kuzynkę w głębokim poważaniu i właściwie to nieco bał się kłótni z jego rodziną jeszcze zanim sami rozumieli, co między nimi było.
Przesunął spojrzeniem po drzwiach od tarasu.
- Na te drzwi? - To chyba było oczywiste? Zastanawiał się więc nad tym gdzie mógłby się na ten czas zaszyć. Mógłby zwyczajnie opuścić New Forest na kilka godzin, ale mógłby też przebiec się po okolicy i rozumieć lepiej otoczenie, w jakim się teraz znajdował. Nie był tylko pewny czy mógł?
Na dźwięk słowa niepoprawne Crow wywrócił oczyma. Wpierw chcąc to skomentować, ugryzł się w język i podziękował sobie za to - bo chciał przypomnieć mu o tym, że ludzie śmiali się w najgorszych momentach swojego życia, bo to ratowało ich dusze przed kompletnym zagubieniem się w rozpaczy. Ale na jakich przykładach mógłby mu to opowiedzieć? Na przykładach ofiar wojen i niegodziwości opowiadających żarty z oprawcy. Na przykładach wrogów Fontaine widzących czarną postać zbliżającą się do nich powoli i witających ją jak dobrego przyjaciela, bo docierało do nich, że śmierć była ostateczna, a oni nie mogli nic z tym zrobić. To... niekoniecznie coś, z czym chcesz, żeby twoja dziunia kojarzyła cię, leżąc na tobie i dotykając cię dłonią po torsie.
Wreszcie, po zastanowieniu, ostatecznie ubrał to w jakieś słowa.
- Chuj mnie obchodzi, co jest poprawne, a co nie. Nikt oprócz mnie się teraz na ciebie nie patrzy, a ty nie nabijasz się z czyjejś śmierci, tylko przeżywasz na swój sposób coś, co cię dotknęło. - Zrobiłoby się nieco niezręcznie gdyby Laurent powiedział teraz, że to on ich utopił...
Może nie powinien pytać o takie rzeczy? Może rozgrzebywanie tego było błędem pogłębiającym takie rany na ciele? Bo czuł się z tym gorzej. Z tym jak blondyn stracił na moment swój blask, przestał się tak pięknie iskrzyć i zamiast tego odpłynął gdzieś... gdzie? Myślami do tych okropnych scen z przeszłości niszczących mu nastrój. Tak jak jemu niszczyła teraz nastrój jego własna niedoskonałość.
O... tym wszystkim...
O...
Chciałby to jakoś odgonić. Uciekł spojrzeniem w bok, jednocześnie nie mogąc uciec od jego bliskości. Od nazywania się kocem, bo owszem - otulał go jak ta świeża pierzyna. Mógłby powiedzieć, że był lepszy niż koc, ale najpierw trzeba było odpowiedzieć na O. Mógłby mu powiedzieć, że jest prześliczny, idealny, pragnął go w każdej formie, jaką zechciałby przybrać. Ale wtedy również - musiałby odpowiedzieć na O. Oczywiście, że by z nim zatańczył, nawet jeżeli nie cierpiał tańca towarzyskiego, a to z nim go kojarzył, tylko to O nadal dźwięczało mu w głowie. Czar pryskał, wszystko zdawało się wymykać mu spomiędzy palców. Zwieńczenie karuzeli, jaką były odczuwane przez niego emocje, okazało się imię, którego nie lubił słyszeć, ale w tym kontekście nazbierało w nim tyle gniewu, że zacisnął oczy i aż zadrżał. To drżenie było jedynym dowodem tego, że Crow w ogóle słyszał to, co się do niego mówiło.
Słyszał, on zawsze słyszał, zwyczajnie...
Rozwiązaniem tej sytuacji była rozmowa, tylko zdobycie się na rozmowę wcale nie było w jego przypadku proste.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.