23.11.2024, 22:45 ✶
Samuel nie miał zielonego pojęcia na temat tego co się działo w głowie jego obecnego rozmówcy. Jego kuzyna. O tym też nie miał pojęcia. Zasadniczo możnaby powiedzieć, że Sam był upiorem z Kniei wyrwany, więc miał słabe pojęcie na temat ludzi z założenia. Patrzył na to jak mentalnie jest Louvian rozbity, jak cierpi, jak zraniony, upokorzony czarny hipogryf i było mu szkoda, że nie jest tym hipogryfem. Hipogryfowi mógłby pomóc. Zwierzęta były zdecydowanie łatwiejsze w obsłudze, nawet takie, których inteligencja była przez wielu znawców porównywalna do ludzkiej. To co się działo we wnętrzu Louviana pozostawało dla McGonagalla nieodkryte, ale widział że cierpi.
Kiwnął na Lizzy i ona znając się na ludziach zdecydowanie lepiej postawiła przed nimi butelkę ognistej. To tak działało? Wodopój?
– Mm... ja... ee... szczerze to nie wiem. Znaczy... – wlał w siebie alkohol i w sumie całkiem nieźle sobie z nim radził. Sam pędził w lesie kiedy jeszcze tam mieszkał, więc to nie był obcy mu smak. – Była kiedyś taka... taka jedna i no... Ona mówiła, że mnie bardzo kocha, ale jakoś nie przeszkadzało jej to wieszać się na kimś innym i... – trochę było tak głupio obgadywać wnuczkę przy jej babci, ale przecież to mogła być każda inna dziewczyna prawda? – Nie wiem, uznałem, że z nim będzie szczęśliwsza i odpuściłem temat. Czy to się liczy? – zapytał niepewnie.
Gdyby wiedział o ludziach więcej, z powodzeniem mógłby opowiedzieć Louvianowi o swojej matce, która pod płaszczykiem opiekuńczości odcięła go od świata. Która mówiła o miłości, a tak na prawdę po prostu chciała mieć swojego męża i syna na własność, z dala od kogokolwiek, kto mógłby obu uświadomić, że to wegetacja, a nie prawdziwe życie. Ale na te wnioski było jeszcze zdecydowanie za szybko. Może za kilka miesięcy, jeśli kiedykolwiek ich drogi przecięłyby się znowu. Ale nie dziś, nie u samego początku jego drogi pośród społecznością czarodziejów.
Kiwnął na Lizzy i ona znając się na ludziach zdecydowanie lepiej postawiła przed nimi butelkę ognistej. To tak działało? Wodopój?
– Mm... ja... ee... szczerze to nie wiem. Znaczy... – wlał w siebie alkohol i w sumie całkiem nieźle sobie z nim radził. Sam pędził w lesie kiedy jeszcze tam mieszkał, więc to nie był obcy mu smak. – Była kiedyś taka... taka jedna i no... Ona mówiła, że mnie bardzo kocha, ale jakoś nie przeszkadzało jej to wieszać się na kimś innym i... – trochę było tak głupio obgadywać wnuczkę przy jej babci, ale przecież to mogła być każda inna dziewczyna prawda? – Nie wiem, uznałem, że z nim będzie szczęśliwsza i odpuściłem temat. Czy to się liczy? – zapytał niepewnie.
Gdyby wiedział o ludziach więcej, z powodzeniem mógłby opowiedzieć Louvianowi o swojej matce, która pod płaszczykiem opiekuńczości odcięła go od świata. Która mówiła o miłości, a tak na prawdę po prostu chciała mieć swojego męża i syna na własność, z dala od kogokolwiek, kto mógłby obu uświadomić, że to wegetacja, a nie prawdziwe życie. Ale na te wnioski było jeszcze zdecydowanie za szybko. Może za kilka miesięcy, jeśli kiedykolwiek ich drogi przecięłyby się znowu. Ale nie dziś, nie u samego początku jego drogi pośród społecznością czarodziejów.