Zainteresowania łączące dwójkę ludzi wcale nie musiały się pokrywać doskonale, żeby mówić o relacjach. Nigdy by nie powiedział, że moda interesowała Flynna. Nie znaczyło to, że nie mógłby mu o niej nadawać - tylko dlatego, że powiedział to jedno zdanie (na samego siebie rzucił klątwę), że lubi, kiedy mówił. Inna sprawa, że niekoniecznie lubił słuchać. Albo rozumieć, co się mówi. Równie dobrze mógł śpiewać.
- Taak, na te drzwi. - I na tamte zresztą też. Te jednak były najbardziej newralgiczne. - Mogę cię zamknąć w sypialni. Albo obudzić, zanim przyjdzie... albo możemy się przenieść do pokoju gościnnego. Jak wolisz. - Bo miał pokój gościnny - mały, bo większego nie potrzebował. I tak gości, którzy sypiali tutaj POZA jego łóżkiem raczej nie miewał. Każdy wolał wrócić do swojego domu - miał w końcu sieć fiuu paręset metrów dalej - bo przy samych budynkach rezerwatów. Wiec nie było to oszałamiająco daleko, żeby wrócić do wygodnych czterech ścian. Uśmiechnął się lekko. Właśnie rozprawiali na temat ukrywania się przed Florence. To dopiero było ciekawe. Czy mogło to wprawić w jakieś nieprzyjemne nastroje? Gdyby przedstawił Flynna? No właśnie - jako kogo miał go przedstawić?
Różne dozy brzydoty mogły się pojawić tam, gdzie była mowa o śmierci. Różne słowa mogły paść od Flynna. Ale on w całej swojej ordynarności i prostocie potrafił ująć rzecz tak jak nikt inny. I to było uwalniające. Ożywiające. Tak jakby ktoś ci powiedział: tak, możesz być sobą. To nie jest grzech nad czymś płakać i żaden grzech nie płakać. Te proste zdania wsunęły go w objęcia szoku. Aż poczuł dreszcz na ciele. Tak jak zachodziło słońce, tka jak rodził się granat, tak Sirius na niebie coraz mocniej jaśniał. Na moment przygasł - Flynn rozjaśnił go z powrotem. Laurent aż przesunął głową po jego klatce piersiowej jak kot, zacisnął na nim ręce mocniej, poruszył się tak, jakby prawie próbował się każdą komórką ciała scalić z Flynnem.
- Jesteś kochany. - Na pewno była granica ciepła, jaka może płynąć z głosu, ale ta mieszanka ciepła, ulgi i wdzięczności (i zakochania) tych limitów chyba nie miała. Flynn robił bardzo dużo rzeczy, które miały sens tylko wtedy, jeśli chciałeś się nad tym zastanowić. Małych gestów, które łatwe były do przegapienia, złego zrozumienia. Laurentowi daleko było od byciem specjalistą w jego słowniku, ale się starał. I zaczynał dostrzegać coraz więcej. Jak ten człowiek mający takie problemy z wysławianiem się potrafił skleić i wyprodukować z siebie coś takiego. A oskarżał go o to, że miał jakiś dziwny żart na końcu języka, przed którym się powstrzymał. Trochę rozminął się z prawdą w podejrzeniach - zgadzało się za to gryzienie w język.
Działo się bardzo dużo złych rzeczy. W głowie tego człowieka, w tym, jak nagle chmurzyło się jego czoło, te zmarszczki (pierwsze) stawały się bardziej widoczne, jak w końcu zamknął powieki, jak mocno napinały się jego mięśnie. Opuścił głowę na jego klatkę piersiową i słyszał, jak przyśpiesza serce.
- Ktoś mądry mi powiedział, że nikt teraz na ciebie nie patrzy oprócz mnie. I to w porządku przeżywać wszystko. - Odezwał się łagodnie, nie patrząc dalej na niego. Przeszło mu przez myśl, że może powinien wstać i dać mu przestrzeń, ale nie był pewien, czy to byłby dobry wybór. Więc trzymał się chwilowo tego - co znał - że Flynn dotyk lubił. Więc głaskał go uspokajająco, miarowo, delikatnie.