24.11.2024, 02:44 ✶
- Nie wiem, czy wolę cokolwiek. Wolałbym na pewno... nie spierdolić nic niewyparzoną gębą... - Przygryzł wargę. Cóż, w gruncie rzeczy Laurent mógł zapomnieć, w jaki sposób odnosił się do ludzi przez siebie nielubianych. Takich, na których mu zwyczajnie nie zależało i nie zamierzał budować z nimi żadnych relacji. Ręce oplatające go teraz czule były rękoma kogoś, kto potrafił bezlitośnie nimi uderzyć. Nogi, po których jeszcze chwilę temu sunął swoimi smukłymi palcami, kopały z całych swoich sił i jego ciało to pamiętało. A język? Niewyparzony, jak to u sierot - przynajmniej tak mu od zawsze mówiono. - Jestem? - W takich chwilach łatwo było zwątpić w bycie kochanym, chociaż mogła to być też zwyczajna potrzeba usłyszenia tego jeszcze raz? Ciężko było ukryć to jak szybko się zaczerwienił.
A ta reszta, cóż... Widać było, jak się powoli zbiera do czegokolwiek. To przymykał oczy, to rozglądał się po pomieszczeniu. Wyglądał dziwnie.
- Tak, to jest mój problem - przyznał nagle, nie patrząc na blondyna, tylko na te przeklęte drzwi od tarasu - pierdoli mnie co myślą o mnie inni. - Niewypowiedzianą na głos kontynuacją było to, że nie pierdoliło go to, co myślał o nim Laurent. Już wcześniej nie, ale teraz mając przed sobą perspektywę chwycenia dłonią czegoś więcej niż kilku nocy pełnych pożądania, kompletnie przy nim wariował. Zdawał sobie sprawę z tego jak potwornego robił z siebie idiotę i jak błądził po korytarzach znanych mu od dziecka. Przecież można było kłamać. Łgał na prawo i lewo, dlaczego teraz miało być inaczej? On też potrafił robić z ludzi idiotów, dla niego też faceci potrafili paść na kolana i wierzyć w jakieś kompletne brednie. Nawet kiedy posypały się tak, że nie było już czego zbierać, udawali wiarę w nie, żeby przedłużyć to o przynajmniej kilka chwil. Alexander go bił, a Laurent był jego wielkim wybawcą. Cain to tylko jego bratnia dusza, przecież nie trzeba być zazdrosnym o przyjaciół. Nawet Perseus mógł stać się jedynie dawnym znajomym.
Nie miał pojęcia, dlaczego w ogóle spróbował.
- Nie chcę... żyć w świecie, w którym... - Powiedział to zbyt wiele razy komuś innemu i teraz źle mu się kojarzyło. Odrzucił to na bok. - Nie lubię... - Tak wielu kurwa rzeczy... - Mówić - dodał po absurdalnie długiej chwili na oddech. Następnie przeniósł spojrzenie na Laurenta. - Mówić rzeczy, które są jak...
Nie wytrzymał. Odkleił dłoń od chłopaka, żeby plasnąć nią głośno o czoło i westchnął. Ewidentnie w siebie zwątpił. Trwał w takim zawieszeniu, nie reagując na nic i dopiero kiedy odłożył tę rękę na podłogę i wykręcił się tak, żeby spoglądać w sufit, można było zrozumieć, co robił. Ułożył to wszystko w głowie słowo po słowie i zamierzał opowiedzieć to jak bajkę. Jak teksty na podryw układane późną porą, do wykorzystania dnia następnego. Jak kontry do kłótni wymyślane pod prysznicem.
- Jakbyśmy jechali na koniach przez las, kierowali swoje rumaki w kierunku płonącego miasta, którego mieszkańców trzeba było uratować. Tkwili głęboko w tej fantazji swojej rycerskości, czuli się już przyszłymi bohaterami, ale... Oczywiście, że wtedy Crow krzyczy: „przecież to nie są kurwa konie, to są rowery”. I jedni gapią się na mnie z pobłażliwością, inni są zwyczajnie wkurwieni. A ja albo uciekam do domu z płaczem, albo w gniewie wkładam wszystkim kij pomiędzy szprychy.
Zabawne, że skorzystał z tej właśnie metafory, skoro nigdy nie miał takiego dzieciństwa.
- Zabijam tę fantazję, jakakolwiek by ona nie była.
Łatwiej było to robić kiedy ci nie zależało.
- Zadajesz mi pytania... a wszystko we mnie mówi, że odpowiedź będzie brzmiała jak... - jak to psucie zabawy. Nie potrafił opisać tego uczucia normalnie, ono... było zbyt skomplikowane. Ale potrafił przywołać scenę, w której by je czuł.
A ta reszta, cóż... Widać było, jak się powoli zbiera do czegokolwiek. To przymykał oczy, to rozglądał się po pomieszczeniu. Wyglądał dziwnie.
- Tak, to jest mój problem - przyznał nagle, nie patrząc na blondyna, tylko na te przeklęte drzwi od tarasu - pierdoli mnie co myślą o mnie inni. - Niewypowiedzianą na głos kontynuacją było to, że nie pierdoliło go to, co myślał o nim Laurent. Już wcześniej nie, ale teraz mając przed sobą perspektywę chwycenia dłonią czegoś więcej niż kilku nocy pełnych pożądania, kompletnie przy nim wariował. Zdawał sobie sprawę z tego jak potwornego robił z siebie idiotę i jak błądził po korytarzach znanych mu od dziecka. Przecież można było kłamać. Łgał na prawo i lewo, dlaczego teraz miało być inaczej? On też potrafił robić z ludzi idiotów, dla niego też faceci potrafili paść na kolana i wierzyć w jakieś kompletne brednie. Nawet kiedy posypały się tak, że nie było już czego zbierać, udawali wiarę w nie, żeby przedłużyć to o przynajmniej kilka chwil. Alexander go bił, a Laurent był jego wielkim wybawcą. Cain to tylko jego bratnia dusza, przecież nie trzeba być zazdrosnym o przyjaciół. Nawet Perseus mógł stać się jedynie dawnym znajomym.
Nie miał pojęcia, dlaczego w ogóle spróbował.
- Nie chcę... żyć w świecie, w którym... - Powiedział to zbyt wiele razy komuś innemu i teraz źle mu się kojarzyło. Odrzucił to na bok. - Nie lubię... - Tak wielu kurwa rzeczy... - Mówić - dodał po absurdalnie długiej chwili na oddech. Następnie przeniósł spojrzenie na Laurenta. - Mówić rzeczy, które są jak...
Nie wytrzymał. Odkleił dłoń od chłopaka, żeby plasnąć nią głośno o czoło i westchnął. Ewidentnie w siebie zwątpił. Trwał w takim zawieszeniu, nie reagując na nic i dopiero kiedy odłożył tę rękę na podłogę i wykręcił się tak, żeby spoglądać w sufit, można było zrozumieć, co robił. Ułożył to wszystko w głowie słowo po słowie i zamierzał opowiedzieć to jak bajkę. Jak teksty na podryw układane późną porą, do wykorzystania dnia następnego. Jak kontry do kłótni wymyślane pod prysznicem.
- Jakbyśmy jechali na koniach przez las, kierowali swoje rumaki w kierunku płonącego miasta, którego mieszkańców trzeba było uratować. Tkwili głęboko w tej fantazji swojej rycerskości, czuli się już przyszłymi bohaterami, ale... Oczywiście, że wtedy Crow krzyczy: „przecież to nie są kurwa konie, to są rowery”. I jedni gapią się na mnie z pobłażliwością, inni są zwyczajnie wkurwieni. A ja albo uciekam do domu z płaczem, albo w gniewie wkładam wszystkim kij pomiędzy szprychy.
Zabawne, że skorzystał z tej właśnie metafory, skoro nigdy nie miał takiego dzieciństwa.
- Zabijam tę fantazję, jakakolwiek by ona nie była.
Łatwiej było to robić kiedy ci nie zależało.
- Zadajesz mi pytania... a wszystko we mnie mówi, że odpowiedź będzie brzmiała jak... - jak to psucie zabawy. Nie potrafił opisać tego uczucia normalnie, ono... było zbyt skomplikowane. Ale potrafił przywołać scenę, w której by je czuł.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.