Spotkania rodzinne bywały różne - Flynn również to wiedział. W jego rodzinie rzucanie kurwami na prawo i lewo pewnie nie było takie dziwne, nikt nie wymagał tam manier i nie mordował cię wzrokiem za wybranie złego widelca. Laurent takich rzeczy od Flynna nie oczekiwał, nie myślał nawet o przedstawianiu go rodzinie, rodzicom. Florence po prostu przychodziła, a on był miło zaskoczony, że Flynn chciał zostać na noc i nie miał, jak to ujął... już nie byli razem. Na niektóre rzeczy należało jednak spoglądać rozsądnie. Bardzo rozsądnie. Przydałoby się tak... skupić na tym, jakie wrażenie w ogóle Flynn by zrobił. I przecież... no tak, przecież nie tylko ona pewnie tutaj wpadnie po tym artykule.
- Bardziej komfortowo będzie nie wejść jej w drogę. - Uśmiechnął się lekko pod nosem. - Chociaż to bardzo wyrozumiała osoba... - Ma do mnie słabość. Jak sporo zresztą ludzi. I kochał ich za to. Że byli wyrozumiali dla jego głupstw, że stanowili przeciwwagę dla Edwarda, że... po prostu dla niego byli. - Aach... - Odetchnął. - Jutro może być ogólne zamieszanie z niezapowiedzianymi gośćmi. Pewnie jutro w prasie pojawi się artykuł i jeśli padnie tam moje imię to... - To będzie zamieszanie. To będą goście, tego przynajmniej się spodziewał. Czego się za to NIE spodziewał to tego, że nikogo to nie obejdzie. A niemal dokładnie tak będzie.
Takie podejście, że nie obchodzi cię, co myślą inni... Laurent szybko to przewartościował - to względem tego, co Flynn powiedział jemu, to, jakie on miał do tego podejście. Kontrast. Chyba? Blondyna bardzo obchodziło, co sobie Flynn pomyśli, ale nie tak, jak obchodziła go opinia otoczenia. To było w nim wbite wraz z wychowaniem. Flynn wychowywał się właściwie sam, a później miał wspaniały autorytet w postaci Fontaine.
- Na pewno? Przecież ty też nosisz na zewnątrz swoją maskę. - I ta maska istniała z wielu powodów, nie miał wątpliwości. Chociażby dlatego, żeby nikt nie wykorzystał tego, że Crow był naprawdę wrażliwy. Więc nie chciał, żeby ludzie o nim myśleli, że jest wrażliwy. Skoro nie chciał, żeby ludzie tak myśleli, to znaczy, że... jednak przejmował się tym, co ludzie powiedzą. Tylko w zupełnie odwrotny do Laurenta sposób. Chciał odtrącać, kiedy Laurent chciał przyciągać. I nie stopował się ze słowami ani ich doborem. Laurent wypowiedział te słowa cicho i delikatnie. To nie był przytyk. Potem już milczał i czekał, aż czarnowłosy zbierze myśli. Te nieposkładane, te porozrzucane jak drewniane klocki do układania przez dziecko. Wznosił z nich wieżę, ale kompulsywnie zaraz ją burzył. To nie ten kolor, to nie ten kształt, nie tak miał wyglądać dach tej wieży. Wszystko od nowa. Nic nie było wystarczająco ładne, zadowalające. W końcu człowiek, który nie lubił metafor, sam sięgnął po jedną wielką metaforę. Po bajkę. Ale do tego była długa droga. Długa droga ciszy, która nie przeszkadzała Laurentowi, więc czekał. Budował swoją cierpliwość, chociaż był tak bardzo ciekaw wszystkich słów, jakie uznał za niewystarczające, głupie, albo nie był z nich zadowolony. Drogę do zbudowania bajki i dlaczego się na nią zdecydował. Czy szukał kolejnych kłamstw, albo odtrąceń pytań, które robił na Lammas i wcześniejszych spotkaniach. Czekał. A skoro czekał, mógł znów z samym sobą zabawić się w hazard. Nie skłamie. Gdyby miał już by złożył tę słodycz na jego usta - to mu przychodziło naturalnie. Tymczasem tu prężył się i dumał, myślał i bił z tymi myślami. Mógł poczekać.
Zachichotał cicho, krótko, kiedy pojawiła się w tej historii wstawka o rowerach.
- To bardzo smutny morał. - Każda bajka miała morał - na szczęście Flynn wyciągnął ten, który chciał przekazać. Fantazja. Zabijał Fantazję... czy to był przypadkowy dobór słów? - Na szczęście ja jestem tym dzieckiem, które zaśmiałoby się z roweru i zapytało, czy to nas nie czyni bardziej rycerskimi. - Zmienił swoje ułożenie tak, by teraz móc ciągle patrzeć na głowę Flynna. Wymagało to obrócenia się, nieco odsunięcia od niego. Chciał mu też dać miejsce do poprawienia się, żeby nie tkwił za długo w zbyt dziwnej, pogiętej pozycji. Zaczął palcem miziać jego obojczyk. - To żadna sztuka być wyimaginowanym rycerzem na wyimaginowanym koniu. - Do czego tutaj dążymy, skoro morał był o niszczeniu zabawy... - Moją Fantazją jest to, że jesteś prawdziwym człowiekiem z krwi i kości z całym dobytkiem swoich emocji, doświadczeń i problemów. Boleśnie utkwionym w rzeczywistości. Czasami w relacjach sprawia się komuś smutek, albo złości się kogoś. To jest w porządku. To normalne. Nie żyję bajką, w której myślę, że przyszedłeś tutaj, teraz już nigdzie nie znikniesz, nie zapijesz się, zaczniesz jadać ze srebrnego talerzyka, albo nie pójdziesz do drugiego ze swoich miłości. Albo trzeciego. Że z tego noża pod poduszką nie robisz użytku. - Położył całą dłoń na jego klatce piersiowej, jakby chciał nią nakryć serce pod bezpiecznym kloszem własnych palców. - Ja nie chcę powierzchni Crowa czy Edga. Chcę słyszeć i poznać ciebie całego. Flynna Bella. - Pogłaskał go czule na wysokości serca. - Jesteśmy mistrzami kłamstw i manipulacji. Czy nasza bajka nie zaczyna się w punkcie, w którym inni ludzie uważają, że fantazja została zniszczona? W tym najbardziej boleśnie prawdziwym punkcie, gdzie można być po prostu sobą.