24.11.2024, 11:16 ✶
– Trzynaście – powtórzyła Charlotte z pewnym zastanowieniem. – W takim razie powiedz skrzatowi, żeby już teraz zaserwował pierwszy – zasugerowała, uznając, że skoro ma wypić trzynaście (lub czternaście) kieliszków whiskey, żeby przetrawić historię Jonathana, powinna zacząć jak najszybciej.
W odróżnieniu od niego nie zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, całując go w Mediolanie. Charlotte w ogóle bardzo, bardzo rzadko zastanawiała się nad tym, czy postąpiła w jakiejś sprawie słusznie, ponieważ zasadniczo uważała, że zawsze ma rację (nawet jak nie miała). Chciała Selwyna wtedy pocałować, zrobiła to, znaczy się, oczywiście, że powinna to zrobić i to był bardzo miły pocałunek. Jeżeli zaś w ogóle przyszłoby jej do głowy, że może powinni o nim teraz porozmawiać, i na przykład ustalić, czy należałoby go powtórzyć czy zastrzec, że nigdy tego nie zrobią, to wzmianka o wampirach skutecznie sprowadziła jej myśli na inne tory.
– Hm… – odparła, bardzo poważnie rozważając to zagadnienie. Charlotte na swój sposób lubiła wampira, a był to sposób „lubię je jako potencjalne obiekty badawcze”. Nie widziała w nich jednak ludzi. Nie przepadała zresztą w ogóle za wszelkimi „dziwactwami”, bo wykorzeniwszy z duszy głębokie uprzedzenia wobec mugolaków, wyniesione z domu, musiała czymś je zapełnić.
Nie lubiła więc goblinów. Nie lubiła wampirów i wilkołaków. Uważała, że takie selkie nie powinny pchać się na brzegi. Marszczyła nos z obrzydzeniem na ghule i ich paskudny zapach, chociaż w istocie była bardzo odporna na brzydkie zapachy. I bardzo chętnie narzekała na Amerykanów, nieważne, że przemieszkała wśród nich tyle lat – nie dorównywali Anglikom i już.
– Myślę, że w takim razie trzynaście i pół – orzekła, bo jednak goblinów nie lubiła bardziej. Takiego porządnie wykąpanego wilkołaka może mogłaby tolerować, a wampir jakby oddał trochę swojej krwi do badań ostatecznie mógłby być w jakimś aspekcie przydatny. – Że wspominałeś o tym jakieś pięćdziesiąt razy i to tylko w ciągu ostatniego roku? – odparła z pewną ostrożnością, a jej spojrzenie stało się jednak jakieś czujniejsze. Bo Jonathan lubił mówić, że ludzie szaleją na jego punkcie, ale przecież nie sugerowałby, że powinna wypijać tyle whisky, żeby przyswoić znowu taką informację.
I wampiry. Wspominał o wampirach.
– Co się dzieje, Johny?
W odróżnieniu od niego nie zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, całując go w Mediolanie. Charlotte w ogóle bardzo, bardzo rzadko zastanawiała się nad tym, czy postąpiła w jakiejś sprawie słusznie, ponieważ zasadniczo uważała, że zawsze ma rację (nawet jak nie miała). Chciała Selwyna wtedy pocałować, zrobiła to, znaczy się, oczywiście, że powinna to zrobić i to był bardzo miły pocałunek. Jeżeli zaś w ogóle przyszłoby jej do głowy, że może powinni o nim teraz porozmawiać, i na przykład ustalić, czy należałoby go powtórzyć czy zastrzec, że nigdy tego nie zrobią, to wzmianka o wampirach skutecznie sprowadziła jej myśli na inne tory.
– Hm… – odparła, bardzo poważnie rozważając to zagadnienie. Charlotte na swój sposób lubiła wampira, a był to sposób „lubię je jako potencjalne obiekty badawcze”. Nie widziała w nich jednak ludzi. Nie przepadała zresztą w ogóle za wszelkimi „dziwactwami”, bo wykorzeniwszy z duszy głębokie uprzedzenia wobec mugolaków, wyniesione z domu, musiała czymś je zapełnić.
Nie lubiła więc goblinów. Nie lubiła wampirów i wilkołaków. Uważała, że takie selkie nie powinny pchać się na brzegi. Marszczyła nos z obrzydzeniem na ghule i ich paskudny zapach, chociaż w istocie była bardzo odporna na brzydkie zapachy. I bardzo chętnie narzekała na Amerykanów, nieważne, że przemieszkała wśród nich tyle lat – nie dorównywali Anglikom i już.
– Myślę, że w takim razie trzynaście i pół – orzekła, bo jednak goblinów nie lubiła bardziej. Takiego porządnie wykąpanego wilkołaka może mogłaby tolerować, a wampir jakby oddał trochę swojej krwi do badań ostatecznie mógłby być w jakimś aspekcie przydatny. – Że wspominałeś o tym jakieś pięćdziesiąt razy i to tylko w ciągu ostatniego roku? – odparła z pewną ostrożnością, a jej spojrzenie stało się jednak jakieś czujniejsze. Bo Jonathan lubił mówić, że ludzie szaleją na jego punkcie, ale przecież nie sugerowałby, że powinna wypijać tyle whisky, żeby przyswoić znowu taką informację.
I wampiry. Wspominał o wampirach.
– Co się dzieje, Johny?