24.11.2024, 12:27 ✶
Mackenzie umiała się teleportować. Każda teleportacja kończyła się jednak w jej przypadku niemiłymi skrętami żołądka, a nierzadko także wymiotami, zdecydowanie więc wolała inne formy przemieszczania. Na dłuższe dystanse wybierała proszek Fiuu, na krótsze jej wyborem nieodmiennie była miotła.
Tego dnia, po treningach na podlondyńskim stadionie, wsiadła znowu na miotłę (choć kilku członków drużyny kręciło na to z niedowierzaniem głową – większość po pięciogodzinnym treningu marzyło o tym, by z miotły zsiąść) i poleciała ku Horyzontalnej. Już w powietrzu jej jasne włosy, związane w kucyk, by nie przeszkadzały podczas lotu, zmieniły kolor na brąz, drobna zmiana, ale która gwarantowała, że nikt nie zwróci na nią specjalnej uwagi. Mackenzie lubiła mecze i lubiła pieniądze, jakie zarabiała. Za to absolutnie nie lubiła rozpoznawalności, którą ze sobą niosły. Nie dlatego nawet, że traciła prywatność – dlatego, że absolutnie nie umiała na tę popularność reagować.
Wleciała pomiędzy dwa budynki na alei Horyzontalnej gwałtownym skrętem, w tempie, w jakim zdecydowanie nie powinno się przemieszczać nad wąską uliczką, rozdzielającą obie kamienice. Zahamowała gwałtownie tuż nad balkonem swojego mieszkania. Wlatywała do niego w ten sposób okazyjnie – zwykle zamykała jednak starannie, choćby po to, by inni nie użyli tej drogi, aby dostać się do środka. Tym razem jednak, ze względu na gorący dzień, balkon, choć wyglądał na zamknięty, w istocie był lekko uchylony, a poza tym… Mackenzie zostawiła klucze w swojej szafce na stadionie.
Zeskoczyła sprawnie z miotły, prosto na balkon, prawie znikając pomiędzy roślinkami, rosnącymi w doniczkach, przymocowanych do barierek i zamarła, gdy usłyszała jakieś krzyki. W pierwszej chwili Mackenzie (chwytająca właśnie miotłę) sądziła, że to nie do niej. Rozejrzała się nawet odruchowo, spodziewając się zobaczyć jakiegoś włamywacza (w obowiązkowej czarnej kominiarce), wspinającego się na sąsiedni balkon, ale niczego takiego nie dojrzała. Nie. To musiało być do niej. Chyba.
Odgarnęła ręką bujne liście jednej ze swoich roślinek (bardzo ostrożnie oczywiście) i wychyliła lekko swoją ciemną obecnie głowę, by spojrzeć na źródło zamieszania. Utkwiła spojrzenie jasnych ślepi w chłopcu, wychylającym się z okna naprzeciwko: widziała całkiem dobrze, bo na Horyzontalnej budynki dzieliła taka odległość, że na upartego Mackenzie byłaby w stanie przeskoczyć z własnego balkonu prosto na ten naprzeciwko.
– Nic? – odparła w końcu, trochę skonsternowana, bo dlaczego miałaby myśleć o czymkolwiek, dostając się do własnego mieszkania.
Tego dnia, po treningach na podlondyńskim stadionie, wsiadła znowu na miotłę (choć kilku członków drużyny kręciło na to z niedowierzaniem głową – większość po pięciogodzinnym treningu marzyło o tym, by z miotły zsiąść) i poleciała ku Horyzontalnej. Już w powietrzu jej jasne włosy, związane w kucyk, by nie przeszkadzały podczas lotu, zmieniły kolor na brąz, drobna zmiana, ale która gwarantowała, że nikt nie zwróci na nią specjalnej uwagi. Mackenzie lubiła mecze i lubiła pieniądze, jakie zarabiała. Za to absolutnie nie lubiła rozpoznawalności, którą ze sobą niosły. Nie dlatego nawet, że traciła prywatność – dlatego, że absolutnie nie umiała na tę popularność reagować.
Wleciała pomiędzy dwa budynki na alei Horyzontalnej gwałtownym skrętem, w tempie, w jakim zdecydowanie nie powinno się przemieszczać nad wąską uliczką, rozdzielającą obie kamienice. Zahamowała gwałtownie tuż nad balkonem swojego mieszkania. Wlatywała do niego w ten sposób okazyjnie – zwykle zamykała jednak starannie, choćby po to, by inni nie użyli tej drogi, aby dostać się do środka. Tym razem jednak, ze względu na gorący dzień, balkon, choć wyglądał na zamknięty, w istocie był lekko uchylony, a poza tym… Mackenzie zostawiła klucze w swojej szafce na stadionie.
Zeskoczyła sprawnie z miotły, prosto na balkon, prawie znikając pomiędzy roślinkami, rosnącymi w doniczkach, przymocowanych do barierek i zamarła, gdy usłyszała jakieś krzyki. W pierwszej chwili Mackenzie (chwytająca właśnie miotłę) sądziła, że to nie do niej. Rozejrzała się nawet odruchowo, spodziewając się zobaczyć jakiegoś włamywacza (w obowiązkowej czarnej kominiarce), wspinającego się na sąsiedni balkon, ale niczego takiego nie dojrzała. Nie. To musiało być do niej. Chyba.
Odgarnęła ręką bujne liście jednej ze swoich roślinek (bardzo ostrożnie oczywiście) i wychyliła lekko swoją ciemną obecnie głowę, by spojrzeć na źródło zamieszania. Utkwiła spojrzenie jasnych ślepi w chłopcu, wychylającym się z okna naprzeciwko: widziała całkiem dobrze, bo na Horyzontalnej budynki dzieliła taka odległość, że na upartego Mackenzie byłaby w stanie przeskoczyć z własnego balkonu prosto na ten naprzeciwko.
– Nic? – odparła w końcu, trochę skonsternowana, bo dlaczego miałaby myśleć o czymkolwiek, dostając się do własnego mieszkania.