24.11.2024, 13:03 ✶
Komfortowo dla niego? Dobrze, mógł to zrobić, to wreszcie był jakiś wybór, do którego potrafił się dostosować - wcześniej błądził w tym po omacku wśród masy niewiadomych i nie miał pojęcia co mógłby zrobić i jakie to przyniesie efekty.
- Czy wybrałem zły dzień...? Musisz tu być? Chcesz tu być?
Chryste, tych kilka minut temu, kiedy leżeli przyciśnięci do siebie świeżo po seksie, czuł się jakby był z waty. Wszystko było delikatne i jasne. Teraz - czy to wracała smutna i ponura rzeczywistość? Znów się napinał, znów wracał ból, napełniały go nieprzyjemne myśli. Życie od którego uciekł w objęcia blondyna wracało z całą swoją mocą, a on znowu stawał się tym człowiekiem bez żadnej wartości, snującym się bez własnego celu od rąk do rąk.
- To część mnie - zauważył, kręcąc przy tym głową. Nigdy nie lubił wstawać z łóżka, ale dlaczego podnosząc się z tej podłogi musieli robić to tak... Drastycznie?
Laurent był słodki. Był słodyczą o konsystencji bitej śmietany, albo... Ciasta na jej bazie. Mówił mu równie słodkie rzeczy i Crow naprawdę próbował to docenić - próby podjęcia rozmowy, wyciągnięcia go ze skorupy. Rozumiał ile w tym było troski, tylko Laurent... No właśnie - Laurent nie rozumiał. Nie potrafił wybierać rzeczy spomiędzy jego wierszy. Wziął to tak dosłownie jak tylko mógł to zrobić, a on chciał tym przekazać coś więcej, coś czego nie potrafił nigdy przekazywać słowami. Gdyby ktoś dał mu teraz planszę z namalowanymi na niej buźkami i kazał wybrać tę najbardziej pasującą do siebie, przegrałby w zadaniu zaprojektowanym dla przedszkolaków. Oh, nigdy ich nie lubił. Łatwiej mu było liczyć całki niż mówić o emocjach, szczególnie kiedy wchodziło się w sferę kłamstw i manipulacji. Takich gdzie kocham cię mogło znaczyć wszystko i nic.
Uciekał tym wzrokiem gdziekolwiek mógł, żeby tylko nie spojrzeć w oczy Laurenta. Niby poprawił swoje ułożenie, ale zdążył już zesztywnieć, nawet nie wyciągnięty lecz... Wyszarpany ze swojej strefy komfortu.
- Nie... - Co nie? Dlaczego znowu nie? Zacisnął oczy i ponownie złapał się ręką za głowę. Tym razem z mniejszym wyczuciem - zacisnął palce na włosach tak mocno, że musiało to sprawić mu fizyczny ból. I to właśnie pomogło mu się uspokoić, żeby jakkolwiek zebrać myśli. Sprowadzić na ziemię swój pokręcony umysł niepotrafiący na chwilę skupić się na tym, że Prewett tu był i wodził rękoma po jego ciele, bo odleciał w kierunku bliżej nieokreślonej przyszłości pozbawionej tego ciepła.
Odetchnął głęboko.
- Nie chodzi o fantazję, chodzi o - nie dokończył, brzmiał trochę jakby zadławił się słowem i zeszkliły mu się oczy, ale puścił te włosy i zastukał się w klatkę piersiową. Dokładnie tam, gdzie miał serce. Serce bijące teraz jak oszalałe, kiedy jego znowu przytłaczało to wszystko co działo się z jego ciałem. Nie dodał nic o tym, że najpewniej był na coś chory. Albo coś w nim było od urodzenia zwyczajnie zepsute. Zamiast tego przeczesał włosy palcami tak, żeby się za nimi dobrze schować, bo zeszkliły mu się oczy.
Bo chodziło o emocje. Chodziło o uczucie odrzucenia, kiedy wszyscy niezależnie od reakcji wracają do zabawy, a ty pozostajesz sam na sam ze swoimi myślami i świadomością, że w sumie to mogłeś się bawić z nimi, gdybyś tylko nie powiedział nic głupiego. Jeżeli ci na nich nie zależało to nie miało większego znaczenia, ale jeżeli to byli wcześniej twoi przyjaciele... Pojawiało się to... A on zapominał jak się oddycha. Ileż razy wyłączył się wtedy i zaczął ryczeć. Ileż razy darł się jeszcze mocniej niż normalnie, próbując zatrzymać kogoś w miejscu na siłę.
Kłamstwa i manipulacje były obiektywnie lepsze, łatwiejsze, stabilniejsze. Kilkanaście lat z Fontaine. Trzy lata z Alexandrem. Kolejne lata z Cainem z przerwą na bycie idiotą. Pojedyncze spotkania i drobniejsze miłostki - wszystko budował na oszustwach lub niedopowiedzeniach. Alexander też mu tak mówił. Że chce go poznać, że będzie kochał go każdego i... Gdzie teraz byli? Gdzie była ich wielka, nieskończona miłość? Skończyła się dokładnie w miejscu, w którym prawda o jego paskudztwach wyszła na jaw.
- Jak mam ci... O czy-ymkolwiek powiedzieć kiedy ty... Zachowujesz się jakby moje zniknięcie miało być... Najłatwiejszą rzeczą na świecie. - Jakby wcale nie chciał o niego walczyć, jakby mu nie zależało. Obnażyć się przed kimś, kto nie chciał zaciskać na tobie rąk z całej siły - to dopiero odległa mu koncepcja - ani grama w tym było obsesji. To właśnie była powierzchowność.
- Czy wybrałem zły dzień...? Musisz tu być? Chcesz tu być?
Chryste, tych kilka minut temu, kiedy leżeli przyciśnięci do siebie świeżo po seksie, czuł się jakby był z waty. Wszystko było delikatne i jasne. Teraz - czy to wracała smutna i ponura rzeczywistość? Znów się napinał, znów wracał ból, napełniały go nieprzyjemne myśli. Życie od którego uciekł w objęcia blondyna wracało z całą swoją mocą, a on znowu stawał się tym człowiekiem bez żadnej wartości, snującym się bez własnego celu od rąk do rąk.
- To część mnie - zauważył, kręcąc przy tym głową. Nigdy nie lubił wstawać z łóżka, ale dlaczego podnosząc się z tej podłogi musieli robić to tak... Drastycznie?
Laurent był słodki. Był słodyczą o konsystencji bitej śmietany, albo... Ciasta na jej bazie. Mówił mu równie słodkie rzeczy i Crow naprawdę próbował to docenić - próby podjęcia rozmowy, wyciągnięcia go ze skorupy. Rozumiał ile w tym było troski, tylko Laurent... No właśnie - Laurent nie rozumiał. Nie potrafił wybierać rzeczy spomiędzy jego wierszy. Wziął to tak dosłownie jak tylko mógł to zrobić, a on chciał tym przekazać coś więcej, coś czego nie potrafił nigdy przekazywać słowami. Gdyby ktoś dał mu teraz planszę z namalowanymi na niej buźkami i kazał wybrać tę najbardziej pasującą do siebie, przegrałby w zadaniu zaprojektowanym dla przedszkolaków. Oh, nigdy ich nie lubił. Łatwiej mu było liczyć całki niż mówić o emocjach, szczególnie kiedy wchodziło się w sferę kłamstw i manipulacji. Takich gdzie kocham cię mogło znaczyć wszystko i nic.
Uciekał tym wzrokiem gdziekolwiek mógł, żeby tylko nie spojrzeć w oczy Laurenta. Niby poprawił swoje ułożenie, ale zdążył już zesztywnieć, nawet nie wyciągnięty lecz... Wyszarpany ze swojej strefy komfortu.
- Nie... - Co nie? Dlaczego znowu nie? Zacisnął oczy i ponownie złapał się ręką za głowę. Tym razem z mniejszym wyczuciem - zacisnął palce na włosach tak mocno, że musiało to sprawić mu fizyczny ból. I to właśnie pomogło mu się uspokoić, żeby jakkolwiek zebrać myśli. Sprowadzić na ziemię swój pokręcony umysł niepotrafiący na chwilę skupić się na tym, że Prewett tu był i wodził rękoma po jego ciele, bo odleciał w kierunku bliżej nieokreślonej przyszłości pozbawionej tego ciepła.
Odetchnął głęboko.
- Nie chodzi o fantazję, chodzi o - nie dokończył, brzmiał trochę jakby zadławił się słowem i zeszkliły mu się oczy, ale puścił te włosy i zastukał się w klatkę piersiową. Dokładnie tam, gdzie miał serce. Serce bijące teraz jak oszalałe, kiedy jego znowu przytłaczało to wszystko co działo się z jego ciałem. Nie dodał nic o tym, że najpewniej był na coś chory. Albo coś w nim było od urodzenia zwyczajnie zepsute. Zamiast tego przeczesał włosy palcami tak, żeby się za nimi dobrze schować, bo zeszkliły mu się oczy.
Bo chodziło o emocje. Chodziło o uczucie odrzucenia, kiedy wszyscy niezależnie od reakcji wracają do zabawy, a ty pozostajesz sam na sam ze swoimi myślami i świadomością, że w sumie to mogłeś się bawić z nimi, gdybyś tylko nie powiedział nic głupiego. Jeżeli ci na nich nie zależało to nie miało większego znaczenia, ale jeżeli to byli wcześniej twoi przyjaciele... Pojawiało się to... A on zapominał jak się oddycha. Ileż razy wyłączył się wtedy i zaczął ryczeć. Ileż razy darł się jeszcze mocniej niż normalnie, próbując zatrzymać kogoś w miejscu na siłę.
Kłamstwa i manipulacje były obiektywnie lepsze, łatwiejsze, stabilniejsze. Kilkanaście lat z Fontaine. Trzy lata z Alexandrem. Kolejne lata z Cainem z przerwą na bycie idiotą. Pojedyncze spotkania i drobniejsze miłostki - wszystko budował na oszustwach lub niedopowiedzeniach. Alexander też mu tak mówił. Że chce go poznać, że będzie kochał go każdego i... Gdzie teraz byli? Gdzie była ich wielka, nieskończona miłość? Skończyła się dokładnie w miejscu, w którym prawda o jego paskudztwach wyszła na jaw.
- Jak mam ci... O czy-ymkolwiek powiedzieć kiedy ty... Zachowujesz się jakby moje zniknięcie miało być... Najłatwiejszą rzeczą na świecie. - Jakby wcale nie chciał o niego walczyć, jakby mu nie zależało. Obnażyć się przed kimś, kto nie chciał zaciskać na tobie rąk z całej siły - to dopiero odległa mu koncepcja - ani grama w tym było obsesji. To właśnie była powierzchowność.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.