24.11.2024, 17:13 ✶
- Jeżeli nic cię tutaj nie trzyma, to możemy gdzieś razem iść - zaproponował, chociaż nie był tego pewny. No ale jeżeli co chwilę ktoś miałby tu przychodzić i zakłócać spokój, jaki zapewne oboje chcieli utkać... równie dobrze mogli spędzić czas w innym miejscu. Chciał iść tańczyć, więc mogli iść tańczyć. Tylko cóż - ktokolwiek by tu przyszedł, pocałowałby klamkę - Crow nie był pewny, czy ten rezultat faktycznie mu odpowiadał. Na pytanie o zwierzęta wzruszył ramionami. Coś w tym jak to zrobił szeptało jednak, że niekoniecznie chodziło o obojętność względem zwierzaków, a zwyczajny fakt braku głębszych przemyśleń na ten temat. - Ok. - Wcale nie potrzebował namyślenia, żeby się na to zgodzić.
Byłoby miło gdyby na tym krótkim ok rozmowa się skończyła.
Gdyby poza tą prostą zgodą, nie było już żadnej kontynuacji drażniącej każdą komórkę jego ciała. Tak, każde kolejne słowo było jak swędzenie, którego nie dało się pozbyć. Cierpiał. Czy można było kilka spotkań na przestrzeni miesiąca mierzyć w ten sposób? Czy można było mówić na poważnie o ucieczkach i odtrąceniu, kiedy był jeszcze w innej relacji i bardzo intensywnie walczył o to, żeby jakkolwiek poukładać to w głowie? Tak szczerze to nie wiedział. Z jednej strony bardzo mierziła go myśl, jakoby do stania się kimś zaufanym musiałby rzucić dla niego wszystko, a przecież nawet jeżeli ten płomień przygasł, to znaczył dla niego wiele i niezrozumiałym byłoby nawet nie próbować o niego walczyć. Z drugiej - faktycznie czuł poczucie winy, że tego nie zrobił. Co było tutaj prawdą? Czy w ogóle mogła istnieć jedna, obiektywna prawda?
I do tego ten pouczający wydźwięk.
Crow nastroszył pióra, napiął się mocniej, zapowietrzył. Cóż, to niestety była ta wersja jego, która chciała na Laurenta fuknąć.
- Upewniłem się, że to koniec, zanim znowu pokazałem ci się... takim - Wydusił przez zaciśnięte zęby i... - Przyniosłem ci ten pierścionek i... - Przesiąknięty goryczą jednak to urwał, po czym zazgrzytał zębami i położył rękę na jego udzie.
Tak, dokładnie to uczucie próbował opisać tą idiotyczną metaforą, a teraz próbował jakkolwiek przywrócić się do porządku, żeby nie być chłopcem, który na złość wkłada komuś kij w szprychy.
- ...żebyś mówił, że użyłbym tego noża...
To nie była miłość, to był strach.
Wziął jeszcze dwa bardzo głębokie wdechy, a później nie dając żadnej pieprzonej łzie spłynąć po swoim policzku, wsunął rękę pod jego kolana, drugą mocno obejmując go w pasie. W tej sposób wstał. Zapewne nie bez użycia jakiejkolwiek magii, bo to było już fizycznie niemożliwe, ale wstał - po to, żeby posadzić go na łóżku i przesunąć dłonią po swoim brzuchu. Zapiął rozporek spodni, odwrócił się od niego bez słowa i wyszedł do tego wspomnianego wcześniej salonu, w którym być może znajdował się ten wazon z kwiatami. Zrobił z nim dokładnie to samo co ostatnio. Chwycił go mocno, podszedł do drzwi tarasowych i z całej siły rzucił przed siebie, z głęboką satysfakcją obserwując, jak roztrzaskuje się na kawałki. Zaraz po tym przetarł palcami zmęczoną twarz.
- Poczekaj - powiedział spokojnie, nieco błagalnie, kierując się do krzesła, przez które przewiesił swoją kurtkę. Zaczął maniakalnie szukać czegoś w wewnętrznej kieszeni.
Byłoby miło gdyby na tym krótkim ok rozmowa się skończyła.
Gdyby poza tą prostą zgodą, nie było już żadnej kontynuacji drażniącej każdą komórkę jego ciała. Tak, każde kolejne słowo było jak swędzenie, którego nie dało się pozbyć. Cierpiał. Czy można było kilka spotkań na przestrzeni miesiąca mierzyć w ten sposób? Czy można było mówić na poważnie o ucieczkach i odtrąceniu, kiedy był jeszcze w innej relacji i bardzo intensywnie walczył o to, żeby jakkolwiek poukładać to w głowie? Tak szczerze to nie wiedział. Z jednej strony bardzo mierziła go myśl, jakoby do stania się kimś zaufanym musiałby rzucić dla niego wszystko, a przecież nawet jeżeli ten płomień przygasł, to znaczył dla niego wiele i niezrozumiałym byłoby nawet nie próbować o niego walczyć. Z drugiej - faktycznie czuł poczucie winy, że tego nie zrobił. Co było tutaj prawdą? Czy w ogóle mogła istnieć jedna, obiektywna prawda?
I do tego ten pouczający wydźwięk.
Crow nastroszył pióra, napiął się mocniej, zapowietrzył. Cóż, to niestety była ta wersja jego, która chciała na Laurenta fuknąć.
- Upewniłem się, że to koniec, zanim znowu pokazałem ci się... takim - Wydusił przez zaciśnięte zęby i... - Przyniosłem ci ten pierścionek i... - Przesiąknięty goryczą jednak to urwał, po czym zazgrzytał zębami i położył rękę na jego udzie.
Tak, dokładnie to uczucie próbował opisać tą idiotyczną metaforą, a teraz próbował jakkolwiek przywrócić się do porządku, żeby nie być chłopcem, który na złość wkłada komuś kij w szprychy.
- ...żebyś mówił, że użyłbym tego noża...
To nie była miłość, to był strach.
Wziął jeszcze dwa bardzo głębokie wdechy, a później nie dając żadnej pieprzonej łzie spłynąć po swoim policzku, wsunął rękę pod jego kolana, drugą mocno obejmując go w pasie. W tej sposób wstał. Zapewne nie bez użycia jakiejkolwiek magii, bo to było już fizycznie niemożliwe, ale wstał - po to, żeby posadzić go na łóżku i przesunąć dłonią po swoim brzuchu. Zapiął rozporek spodni, odwrócił się od niego bez słowa i wyszedł do tego wspomnianego wcześniej salonu, w którym być może znajdował się ten wazon z kwiatami. Zrobił z nim dokładnie to samo co ostatnio. Chwycił go mocno, podszedł do drzwi tarasowych i z całej siły rzucił przed siebie, z głęboką satysfakcją obserwując, jak roztrzaskuje się na kawałki. Zaraz po tym przetarł palcami zmęczoną twarz.
- Poczekaj - powiedział spokojnie, nieco błagalnie, kierując się do krzesła, przez które przewiesił swoją kurtkę. Zaczął maniakalnie szukać czegoś w wewnętrznej kieszeni.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.