24.11.2024, 18:22 ✶
To co robił wyglądało na bardzo chaotyczne i takim też było. Normalnie wyciągał rzeczy ze wsiąkiewki bez żadnego wysiłku, grzebał w niej na ślepo, teraz nie potrafił. Jako pierwszy przestrzeń powiększonej kieszeni opuścił bukiet kwiatów. Tak, to był identyczny bukiet, kwiat to kwiatu taki, jaki chciał przynieść mu w zębach wcześniej, ale stchórzył i wywalił go do śmietnika przed teleportacją do New Forest. Odłożył go na krzesło. Następnie rzeczy mniej ładne - łańcuch, drut, kombinerki. Połączone ze sobą dwa lusterka dwukierunkowe. Czekoladowe pralinki roztopione na słońcu, które posypały się na podłogę. Po chwili wszystko prócz tych kwiatów wciskał tak z powrotem, bo wciśnięte pomiędzy strony swojego dziennika znalazł to, czego szukał - maleńką fiolkę, zarysowaną z jednej strony. Fiolkę znaną Laurentowi z pierwszego lipca. Crow wciąż nosił przy sobie Veritaserum.
Stał tak jeszcze chwilę w bezruchu, wpatrując się w to co leżało na jego otwartej dłoni.
- On też mi mówił takie rzeczy - powiedział, głęboko zdziwiony tym, że to akurat on przerywał ciszę pomiędzy nimi. Przyzwyczaił się do tego, że było zupełnie na odwrót. - Że nic nie sprawi, że przestanę cię chcieć, możesz powiedzieć mi o wszystkim - naśladował Alexandra i ku jeszcze głębszemu zdziwieniu zauważył jak podobnie zabrzmiał do niego. Na moment nie był jego karykaturą tylko... Kopią. - Już w to nie wierzę. - Bo dlaczego miałby? Skoro każda sensowna relacja w jego życiu była zbudowana na pewnych niedopowiedzeniach?
Pokręcił głową i odwrócił się w jego kierunku. Na moment zawiesił spojrzenie na psie, ale szybko wrócił nim do Laurenta. Trzymając w lewej dłoni ten przeciągnięty przez kieszeń bukiet, w prawej fiolkę najsilniejszego eliksiru prawdy, ruszył w jego kierunku. Znów chciał przed nim klęknąć i zrobił to, ale z większą niechęcią - przez pysk jarczuka nie mógł ułożyć łokci na jego udach, a chciał zdominować tę przestrzeń swoją osobą. Jeżeli ktokolwiek spodziewałby się po nim, że zraniony tymi słowami ucieknie, najzwyczajniej w świecie go nie znał.
- Chciałem przynieść ci tylko kwiaty - to mówiąc uniósł je wyżej, ale wcale nie poświęcał im teraz większej uwagi. Jeżeli Prewett nie wyciągnął ich z jego ręki, to zwyczajnie rzucił je na łóżko za jego plecy. Fiolka, którą wcisnął mu pomiędzy palce była o wiele istotniejsza. - Oto co rozkleja mi usta. Tylko nie ględź, że nie chcesz z tego korzystać bo to nie jest to samo. Jest. Bo daję ci to w zaufaniu. - Którego ty najwyraźniej wobec mnie nie posiadasz. Prawdziwie smutną prawdą było mówienie komuś o swojej wielkiej miłości i dawaniu mu szans, przy jednoczesnym uważaniu go za kogoś zdolnego do zadawania sobie krzywdy.
Zmusił go do zaciśnięcia dłoni, ukrywając swoją twarz patrzeniem w dół, tak żeby Laurent nie mógł dostrzec go zza burzy loków.
Stał tak jeszcze chwilę w bezruchu, wpatrując się w to co leżało na jego otwartej dłoni.
- On też mi mówił takie rzeczy - powiedział, głęboko zdziwiony tym, że to akurat on przerywał ciszę pomiędzy nimi. Przyzwyczaił się do tego, że było zupełnie na odwrót. - Że nic nie sprawi, że przestanę cię chcieć, możesz powiedzieć mi o wszystkim - naśladował Alexandra i ku jeszcze głębszemu zdziwieniu zauważył jak podobnie zabrzmiał do niego. Na moment nie był jego karykaturą tylko... Kopią. - Już w to nie wierzę. - Bo dlaczego miałby? Skoro każda sensowna relacja w jego życiu była zbudowana na pewnych niedopowiedzeniach?
Pokręcił głową i odwrócił się w jego kierunku. Na moment zawiesił spojrzenie na psie, ale szybko wrócił nim do Laurenta. Trzymając w lewej dłoni ten przeciągnięty przez kieszeń bukiet, w prawej fiolkę najsilniejszego eliksiru prawdy, ruszył w jego kierunku. Znów chciał przed nim klęknąć i zrobił to, ale z większą niechęcią - przez pysk jarczuka nie mógł ułożyć łokci na jego udach, a chciał zdominować tę przestrzeń swoją osobą. Jeżeli ktokolwiek spodziewałby się po nim, że zraniony tymi słowami ucieknie, najzwyczajniej w świecie go nie znał.
- Chciałem przynieść ci tylko kwiaty - to mówiąc uniósł je wyżej, ale wcale nie poświęcał im teraz większej uwagi. Jeżeli Prewett nie wyciągnął ich z jego ręki, to zwyczajnie rzucił je na łóżko za jego plecy. Fiolka, którą wcisnął mu pomiędzy palce była o wiele istotniejsza. - Oto co rozkleja mi usta. Tylko nie ględź, że nie chcesz z tego korzystać bo to nie jest to samo. Jest. Bo daję ci to w zaufaniu. - Którego ty najwyraźniej wobec mnie nie posiadasz. Prawdziwie smutną prawdą było mówienie komuś o swojej wielkiej miłości i dawaniu mu szans, przy jednoczesnym uważaniu go za kogoś zdolnego do zadawania sobie krzywdy.
Zmusił go do zaciśnięcia dłoni, ukrywając swoją twarz patrzeniem w dół, tak żeby Laurent nie mógł dostrzec go zza burzy loków.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.