Kłamstwem byłoby powiedzenie, że śledzenie tych ruchów było niesatysfakcjonujące. Było smutne, że tak znowu go nosiło, ale w głowie Laurenta zakodowało się coś, czego robić pewnie nie powinien. Czyli chęć zbierania bukietów, żeby z zarumienionymi policzkami patrzeć na ten gest destrukcji. Nie powinno mu się to podobać, och nie. Tak samo jak nie powinno mu się podobać to, jak Atreus dał w ryj Philipowi. A jednak. Mała mieszanka tego połechtania swojej osoby ładnie wkomponowywała się we wspomnianą już otoczkę emocji, które łatwo określić jako negatywne. Siedział więc w tej mieszance, grzecznie cichy, grzecznie się nie ruszając, naciągając tylko koc na ramiona, lepko-brudny, a z tą myślą postanowił w końcu przetrzeć się tym kocem. Więc go złożył i zrzucił na ziemię. A skoro było mu zimno, to zgarnął pościel z łóżka i się nią nakrył częściowo na plecach. Ten człowiek lubił kontrolę, a bardzo chciał przylgnąć do kogoś, kto był chodzącym chaosem emocji i myśli. Chaos, który wyciągał właśnie kwiaty, na widok których Laurent otworzył szerzej oczy.
Czy Flynn szybko mógł przestać być zagadką? Znudzić się? Nie. Tam zawsze będzie to samo pytanie: co wymyśli TYM RAZEM... Co czuje? Co czuł? I co dopiero czuć będzie.
- Ja... ja nie chcę ci składać fałszywych obietnic... - Nie chciał być tak zrozumiany. Lekkie zaskoczenie przemieszane z łagodnością dominowały w jego głosie. Klarownym, wkraczającym gdzieś na śpiewny. Błękit i brąz spotykały się w tym samym punkcie, ale nie przecinały swoich dróg. Skierowane były na zawartość rąk Flynna. - Nie da się tworzyć związku i mówić o wielkiej miłości, kiedy nie znasz drugiej osoby! - Zmarszczył brwi i spojrzał na Flynna. To nie był krzyk. O zgrozo, czy ktoś kiedykolwiek słyszał, żeby młody Prewett krzyczał? Natomiast jego głos nabrał większej mocy. - To ci ciągle próbuję powiedzieć, że związek muszą tworzyć dwie osoby, wspólnymi siłami, ale to potrzebuje czasu na zbudowanie jak... dom... Chciałbym go z tobą budować. - Miałby go okłamywać? Już trochę powiedział za mocne słowa kocham cię, bo w zasadzie w tamtej chwili liczył na sposobność do wbicia szpilki za gorycz doświadczonych dni.
Każdy krok Flynna niósł ze sobą tajfun, który mieszał w Twoim sercu. Zbliżał się. Krok za krokiem. I z każdym krokiem rosły twoje oczy, coraz szerzej otwierane - może teraz sam zacząłeś wyglądać jak takie szczenię? Łania obserwowana przez pryzmat oczu Kruka? Zwiastuna stada wilków, bo przecież te stworzenia nie raz ze sobą współpracowały. Co zostanie pożarte? Nadzieje? Czy może niepewność? Zaufanie to drogi towar, nie warto go trwonić nierozważnie.
Wyciągnął po te kwiaty dłonie jak po przedmiot uświęcony. Tajfun dotarł do niego w pełni. Porwał serce w wir i zeszklił oczy w poruszeniu. We wzruszeniu. Ta fiolka veritaserum była taka... nieistotna w tym wszystkim. Pociągnął nosem - jakże elegancko i złapał tchu, chociaż wcale nie wstydził się zbierających łez. Zacisnął palce na fiolce i przyjął ją bez żadnego słowa. Może to ta cisza, w jaką potrafił teraz wpadać, była najbardziej wymowna. Albo to, że mimo wszystkich prób i tylu słów nadal nie potrafił rzeczy ujmować tak, jakby sobie tego życzył.
- Tak, Crow. Jesteś kochany. - Bo zdaje się, że nie odpowiedział wtedy na to pytanie. Przytulił jednym ramieniem ten bukiet do siebie i wsunął w niego nos, a Crow mógł poczuć bardzo wyraźnie, jak się spina - ale tylko na chwilę. Na moment tego intensywnego przytulenia kwiatów, które były już tak wytarmoszone. Duma zamruczał po psiemu i jeszcze mocniej wepchnął pysk w udo Laurenta i jednocześnie pod rękę Flynna. Zazdrośnik. Zaś Laurent dopiero potem spojrzał na tę fiolkę. Przesunął palcem po tym nadruku na niej. - To nie jest to samo. - Magiczny płyn niedozwolony w wielu miejscach. - Bo to trochę wykracza poza zwykłe zaufanie. - Przynajmniej w mniemaniu Laurenta. Ufał wielu osobom - ale czy dałby im wykorzystać veritaserum na sobie? Florence, Victorii... a Flynn? Nie podobało mu się połączenie tego eliksiru z nim, bo wspomnienia z tamtego dnia były naprawdę złe. Opuścił rękę z tym veritaserum i przeniósł wzrok na czarne loki, które przysłaniały dwa okna na świat. Albo chwilowo większość świata. - Dziękuję. - Magiczny kluczyk do wszystkiego, co mogło zaspokoić ciekawość, a Laurent miał ochotę to wylać przed jego oczami. Albo wypić samemu. - Chciałbyś, żebym tego użył? Tu i teraz?