25.11.2024, 13:55 ✶
- To dotrzymaj tych, które dałeś. Z-zapytałem się ciebie w tym łóżku czy mógłbyś mnie kochać, a ty powiedziałeś tak. A teraz... Mówisz mi o tym jak się mnie boisz, ile jest w tobie wątpliwości... Jakby to było takie oczywiste, nie znaczyło nic... - Głos mu przy tym zadrżał. Bo każdego dnia bał się tych samych rzeczy - że zostanie sam. Nienawidził być sam. Nie wiedział, co ze sobą robić kiedy był sam. Nie miał nic. Żadnych włości, żadnej prawdziwej pracy, żadnych ambicji, chęci do życia, perspektyw, własnych pomysłów na to jak spędzić dzień inaczej niż w pubie lub klubie. Tracenie ludzi było... przerażające. - Twoje słowa to nie jest potok, to jest rwąca rzeka. Mówisz, mówisz i mówisz, a ja pamiętam najwyraźniej to, co... boli. - A w tym co mówił Laurent, było naprawdę wiele rzeczy, do których chciał się od razu przypierdolić. Niestety, ale nie był wyśnionym rycerzem, tylko kompletnym szaleńcem. Szaleńcem, któremu Laurent właśnie mówił o powolnym budowaniu relacji wspólnymi siłami. - Nie w-wartościuję was, nie robię żadnego... rankingu.
Jeszcze nie zauważył, że budowanie tego nie może potrzebować czasu? Dom był już zbudowany i ktoś zaczął się w nim rządzić. Decydować o tym co miało prawo stać w twoim własnym salonie, a co zasługiwało na zostanie wypierdolonym poza zasięg widzenia. Czekać na ciebie jak u siebie. Naznaczać przestrzeń swoim momentami obrzydliwym jestestwem - tworzyć wspomnienia pełne rozkoszy, ale i takie pełne grozy, wracające do człowieka kiedy próbował napuścić wodę do własnej wanny. Za moment będzie tu wszędzie. Trzeba go było wypchnąć nogą i szybko zamknąć drzwi, inaczej...
Było za późno!
A może już było za późno, bo on niekoniecznie chciał dać się tą nogą wypchnąć. Walczyłby tak samo jak przy tym przeklętym aucie ze swoimi rodzicami.
Spojrzał na tego kundla nieco pogardliwie, bo wcale nie chciał go dotykać. Może jednak nie lubił zwierząt? Albo zwyczajnie nie zdążył się do niego przywiązać. Nie wiedział nawet, co to jest za pies, zasłyszał jego imię, ale miał je gdzieś.
Ta fiolka zawierała w sobie okropności przekraczające ludzkie pojmowanie. Historie o odrzuceniu przez każdą osobę, na której polegałeś bezgranicznie. Samotnym tułaniu się po brudnym mieście i wyrywaniu innym z rąk jedzenia, żeby przeżyć. Zmowie milczenia zawartej samemu ze sobą. Pracy odkąd byłeś dzieckiem, fizycznej roboty na jebanej arenie cyrkowej kiedy twoi rówieśnicy chodzili do szkoły i ich największym zmartwieniem było odkrywanie siebie. Marzenie o Londynie przeradzające się w uczynienie go człowiekiem niegodziwym. Toksyczność relacji dających mu nadzieję na lepsze życie. Morderstwa, tajemnice osób wysoko postawionych, które miały nigdy nie opuścić jego ust. A jednak mu ją dał. Bo ta fiolka zawierała też nadzieję, że te okropności nie wykraczały poza nienasyconą żądzę Laurenta do posiadania kogoś takiego jak on.
- Chciałbym, żebyś zamiast wiem, że uciekniesz, powiedział chodź tu i pocałuj mnie ty przerażająca ohydo.
Nie zadarł głowy do góry, zamiast tego przytulił się do jego brzucha.
- Zwykłe zaufanie w ogóle ci do mnie pasuje?
Jeszcze nie zauważył, że budowanie tego nie może potrzebować czasu? Dom był już zbudowany i ktoś zaczął się w nim rządzić. Decydować o tym co miało prawo stać w twoim własnym salonie, a co zasługiwało na zostanie wypierdolonym poza zasięg widzenia. Czekać na ciebie jak u siebie. Naznaczać przestrzeń swoim momentami obrzydliwym jestestwem - tworzyć wspomnienia pełne rozkoszy, ale i takie pełne grozy, wracające do człowieka kiedy próbował napuścić wodę do własnej wanny. Za moment będzie tu wszędzie. Trzeba go było wypchnąć nogą i szybko zamknąć drzwi, inaczej...
Było za późno!
A może już było za późno, bo on niekoniecznie chciał dać się tą nogą wypchnąć. Walczyłby tak samo jak przy tym przeklętym aucie ze swoimi rodzicami.
Spojrzał na tego kundla nieco pogardliwie, bo wcale nie chciał go dotykać. Może jednak nie lubił zwierząt? Albo zwyczajnie nie zdążył się do niego przywiązać. Nie wiedział nawet, co to jest za pies, zasłyszał jego imię, ale miał je gdzieś.
Ta fiolka zawierała w sobie okropności przekraczające ludzkie pojmowanie. Historie o odrzuceniu przez każdą osobę, na której polegałeś bezgranicznie. Samotnym tułaniu się po brudnym mieście i wyrywaniu innym z rąk jedzenia, żeby przeżyć. Zmowie milczenia zawartej samemu ze sobą. Pracy odkąd byłeś dzieckiem, fizycznej roboty na jebanej arenie cyrkowej kiedy twoi rówieśnicy chodzili do szkoły i ich największym zmartwieniem było odkrywanie siebie. Marzenie o Londynie przeradzające się w uczynienie go człowiekiem niegodziwym. Toksyczność relacji dających mu nadzieję na lepsze życie. Morderstwa, tajemnice osób wysoko postawionych, które miały nigdy nie opuścić jego ust. A jednak mu ją dał. Bo ta fiolka zawierała też nadzieję, że te okropności nie wykraczały poza nienasyconą żądzę Laurenta do posiadania kogoś takiego jak on.
- Chciałbym, żebyś zamiast wiem, że uciekniesz, powiedział chodź tu i pocałuj mnie ty przerażająca ohydo.
Nie zadarł głowy do góry, zamiast tego przytulił się do jego brzucha.
- Zwykłe zaufanie w ogóle ci do mnie pasuje?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.