25.11.2024, 23:23 ✶
Tak. Miał nadzieję, że wyglądał słodko. Tak słodko, jakby miał rozpuścić się w jego ustach. Bo tę nieprzyjemną rozmowę sprzed chwili trzeba było utopić w przypomnieniu Laurentowi, jak niewiele znaczenia miało wszystko inne poza przyciąganiem, które ściskało ich ze sobą. Zamierzał pokazać mu to dokładnie tyle razy ile trzeba, żeby ten widok wyrył mu się w głowie już na zawsze. Chciał karmić innych facetów takim spojrzeniem jak tego Mulcibera? Inne kobiety? Proszę bardzo, ale nie bez ucisku pierścionka na palcu i głupka walczącego o uwagę z twoim własnym psem. Czy to było sztuczne? Nawet jeżeli, to odrobina manipulacji przecież nie zaszkodzi, prawda? Szczególnie jeżeli efektem miało być ich wspólne szczęście.
Tylko że z Laurentem niektóre jego sztuczki nie wychodziły.
Wcale nie chciał stąd wstawać. Uknuł już sobie we łbie... jak to trochę go nakręci, może trochę im włosów powyrywa, to później powie mu wygodną półprawdę o tym, kim Bletchley właściwie dla niego był. Bratnią duszą, prawda? Tylko i aż. Ale jeżeli pociągniesz za odpowiednie struny, jeżeli naprawdę mocno skupisz się na tym co chcesz powiedzieć, jeżeli nadejdzie ten odpowiedni moment, nie zawiódłby sam siebie. Był tego pewny!
Ale do tej wspaniałej okazji uspokojenia go na temat tego drugiego nigdy nie doszło.
To dobrze, czy źle?
Nie wiedział, za to obdarzył go poszerzeniem tego uśmiechu, kiedy tak słodko zaakcentował słowo obowiązek.
- Nie - zaprzeczył od razu. Kolejna rzecz, nad którą nie musiał myśleć dłużej niż sekundę. - Zmarnowałbyś je, bo nie lubię herbaty. - I to wcale nie był żart. Pił ją z chęcią tylko kiedy nie było w niej czuć nic poza absurdalną ilością miodu. Mógłby to powiedzieć. Więc czemu nie powiedział? Nic nie blokowało go przed zdradzaniem swoich kulinarnych preferencji, ale tam w mieszkaniu Waughy'ego blondyn zdążył przyznać się do analizy jego nawyków żywieniowych, a on uznał to za durną, ale ciekawą zabawę.
Leżał na tym łóżku jeszcze chwilkę dłużej. Z lenistwa, z wygody. Lubił się wylegiwać, to przyrównanie go do kota było pod tym względem trafne - bo naturalnym środowiskiem, w którym dało się spotkać Crowa po opuszczeniu Ścieżek były drzewa, dachy, poduszki i uda właściciela. Ostatecznie jednak podniósł się i poszedł za nim do tego salonu, z o wiele mniejszą energią niż jego pies, ale nie było w tym niechęci. To był po prostu on.
- Wypierdolę każdy następny jeżeli będą w nich kwiaty od jakiegoś debila, więc uprzedź mnie jeżeli jakiś bukiet da ci babcia z okazji sabatu. - Nastały dwie długie sekundy ciszy. - Innego niż ja.
Rozejrzał się wokół, tym razem uważniej od poprzedniego razu, kiedy wszedł tu tylko zrobić niezbędne porządki.
- Myślisz, że dałem ci to żeby cię przetestować czy w ogóle mi to wleee-
Znów cisza. Krótka, ale znacząca.
- EJ.
Wrzasnął i chyba nigdy tak szybko nie otworzył żadnych drzwi, a zawsze był tym idiotą otwierającym je bez pomyślunku i dostającym w twarz odblokowaną w ten sposób pułapką. Jeżeli Laurent odwrócił się w kierunku szyby, mógł zobaczyć, jak Crow unosi ręce w kierunku skrzata domowego niemogącego zacisnąć paluszków na ceramicznych odłamkach. Był wyraźnie sfrustrowany.
- Jezu kurwa Chryste - powiedział tym samym tonem co John, zbierając te szczątki zaklęciem i szukając wzrokiem śmietnika. - Nie mów mi, że chciałeś to posklejać ty mały, durny... eh. - Dodał do tego bardzo ciche i krótkie nic ci nie jest?
Tylko że z Laurentem niektóre jego sztuczki nie wychodziły.
Wcale nie chciał stąd wstawać. Uknuł już sobie we łbie... jak to trochę go nakręci, może trochę im włosów powyrywa, to później powie mu wygodną półprawdę o tym, kim Bletchley właściwie dla niego był. Bratnią duszą, prawda? Tylko i aż. Ale jeżeli pociągniesz za odpowiednie struny, jeżeli naprawdę mocno skupisz się na tym co chcesz powiedzieć, jeżeli nadejdzie ten odpowiedni moment, nie zawiódłby sam siebie. Był tego pewny!
Ale do tej wspaniałej okazji uspokojenia go na temat tego drugiego nigdy nie doszło.
To dobrze, czy źle?
Nie wiedział, za to obdarzył go poszerzeniem tego uśmiechu, kiedy tak słodko zaakcentował słowo obowiązek.
- Nie - zaprzeczył od razu. Kolejna rzecz, nad którą nie musiał myśleć dłużej niż sekundę. - Zmarnowałbyś je, bo nie lubię herbaty. - I to wcale nie był żart. Pił ją z chęcią tylko kiedy nie było w niej czuć nic poza absurdalną ilością miodu. Mógłby to powiedzieć. Więc czemu nie powiedział? Nic nie blokowało go przed zdradzaniem swoich kulinarnych preferencji, ale tam w mieszkaniu Waughy'ego blondyn zdążył przyznać się do analizy jego nawyków żywieniowych, a on uznał to za durną, ale ciekawą zabawę.
Leżał na tym łóżku jeszcze chwilkę dłużej. Z lenistwa, z wygody. Lubił się wylegiwać, to przyrównanie go do kota było pod tym względem trafne - bo naturalnym środowiskiem, w którym dało się spotkać Crowa po opuszczeniu Ścieżek były drzewa, dachy, poduszki i uda właściciela. Ostatecznie jednak podniósł się i poszedł za nim do tego salonu, z o wiele mniejszą energią niż jego pies, ale nie było w tym niechęci. To był po prostu on.
- Wypierdolę każdy następny jeżeli będą w nich kwiaty od jakiegoś debila, więc uprzedź mnie jeżeli jakiś bukiet da ci babcia z okazji sabatu. - Nastały dwie długie sekundy ciszy. - Innego niż ja.
Rozejrzał się wokół, tym razem uważniej od poprzedniego razu, kiedy wszedł tu tylko zrobić niezbędne porządki.
- Myślisz, że dałem ci to żeby cię przetestować czy w ogóle mi to wleee-
Znów cisza. Krótka, ale znacząca.
- EJ.
Wrzasnął i chyba nigdy tak szybko nie otworzył żadnych drzwi, a zawsze był tym idiotą otwierającym je bez pomyślunku i dostającym w twarz odblokowaną w ten sposób pułapką. Jeżeli Laurent odwrócił się w kierunku szyby, mógł zobaczyć, jak Crow unosi ręce w kierunku skrzata domowego niemogącego zacisnąć paluszków na ceramicznych odłamkach. Był wyraźnie sfrustrowany.
- Jezu kurwa Chryste - powiedział tym samym tonem co John, zbierając te szczątki zaklęciem i szukając wzrokiem śmietnika. - Nie mów mi, że chciałeś to posklejać ty mały, durny... eh. - Dodał do tego bardzo ciche i krótkie nic ci nie jest?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.