Och tak, nijak nie było trudno zgadnąć, czego by Flynn chciał. Od tego konkretnego "chcę" dzieliło go naprawdę bardzo, bardzo niewiele. Mianowicie - jedno, malutkie... O. Czyli to jedno wielkie "O", które wymuszało na Wronie snucie niecnych planów i układanie sobie w głowie wydarzenia rzeczywistości na zapas.
I wszystko poza tym łóżkiem i jego barłogiem, wszystko poza tym "o" i razem w nim, wszystko poza westchnieniami i uniesieniami miało wielkie znaczenie. Przyciąganie? Och tak, to ono sprawiało, że Laurent był zakochany, zauroczony i chciał doświadczyć. Spróbować z drugą szansą, zastanawiając się ciągle, gdzie zaczynał się akt aktorstwa, a kończył i zaczynało się to oszalałe z miłości i strachu serce, które telepało się w klatce piersiowej Flynna jak koliber. Ciężko było przewidzieć, że ten Wroni Koliberek snuł aż tak daleko posunięte plany, ale od tej strony poznać się jeszcze blondynowi nie dał. Albo raczej... nie dał się poznać z aż tak poukładanych scenariuszy. Bo to, że jakieś układał (a potem ktoś je psuł) już pokazał. Tak samo jak to, że był naprawdę inteligentną bestią. Na całe szczęście - nawet z poprzednią miłością do ludzi Laurent mógł zaprosić do łóżka kogoś, kto dobrze wyglądał, ale nie mógł zatrzymać na nim swojego zainteresowania, jeśli niczego sobą nie reprezentował. Niekiedy zdarzało się, że pewne osoby tworzyły tylko dobre złudzenie.
- Zaraz... co wtedy proponowałeś mi w tej przyczepie... - Zatrzymał się i wygiął biodro w jedną stronę, przechylając głowę. Ujmując ten bukiet na zgięciu łokcia - oczywiście, że to było pozowanie. Pomylił drogi - powinien był od początku dołączyć do cyrku Bellów i by się tam sprawdził gwiazdorząc na prawo i lewo. - Sok? Sok... ach, no tak, co innego, jeśli nie słodkie... W takim razie - do soku. - Ruszył dalej. Fiolkę schował do kieszeni spodni - wcale nie zamierzał się z nią rozstawać. A to, czy ją wykorzysta, czy nie... tutaj było bardzo dużo czynników, które mogły na to wpłynąć. Za to mógł jej nie używać na Flynnie - w końcu trzeba było dalej szukać sposobu na dostanie się do Dantego. Trzeba go zabić. - Kiedy przestały mnie tak dręczyć wyrzuty sumienia odnalazłem przyjemność w tym akcie zniszczenia. - Odparł na tę obietnice wyrzucenia następnego bukietu, jaki się tu pojawi i prychnął cicho, przysłaniając odruchowo usta palcami. - Dziękuję za wniesienie tej poprawki do swojego dumnego obwieszczenia. Instrukcja jest bardzo klarowna: bukietami od Crowa nie rzucamy, bukietami od "każdego innego głupca" już tak. - Debila. Ale nawet to słowo mu nie leżało na ustach. Pani Black zajmowała specjalne miejsce w jego sercu. - Niektóre bukiety są tu jednak mile widziane... - Te od babci też by były miło widziane, gdyby nie był solą w oku babki.
Z lekkim niezadowoleniem przyszło mu za to odkryć, że będzie musiał kupić nowe wazony. Może od razu kilka...naście..? Było coś kompletnie infantylnego w tej zabawie, ale to chyba będzie akurat mu się już zawsze bardzo dobrze kojarzyło. Jako coś wyzwalającego. Coś, czego sam nie potrafił zrobić, ale Flynn to robił ot tak, od ręki. Tak jak nie potrafił krzyczeć, a Flynn po prostu biegł przed siebie i... darł się. Włożył kwiaty do wazonu, zaczął im nalewać wodę, chciał już zapytać, co tam Crow chciał dopowiedzieć, kiedy pojawił się dziki bieg do ogrodu. Na tyle dziki, że Laurent zostawił te kwiaty chwilowo w kuchni i z dekoncentracją wyjrzał za Szaleńcem w Kruczych Piórach.
- Och, och..! - Skrzat zgarbił się, kiedy czar zabrał szczątki, ale nie protestował. Położył po sobie mocniej długie uszy, kierując zaraz jedno oko na Flynna. Na drugim nosił opatrunek. Wielkie, okrągłe oko spoglądało ze skołowaniem na większego czarodzieja. - Migotek chciał posklejać, taki ładny wazon i bukiet, a Panicz tak lubi bukiety... - Jego wzrok przewędrował do drzwi tarasowych, w których stanął teraz sam Laurent i nadal z niezrozumieniem patrzył na tę scenę. Ale zaraz wzrokiem wrócił na czarnowłosego. - Pan może zobaczyć, Migotkowi nic nie jest. - Uniósł swoje malutkie dłonie, żeby pokazać, że nie miał żadnego zadrapania. - Migotek wie, że musi bardzo uważać. - Pokłonił się i ruszył w kierunku tego śmietnika. Najwyraźniej zamierzając tam nurkować za wyrzuconymi częściami.
- Migotku, co ty robisz! Hej, przestań, zostaw ten kosz..! - Skrzat zatrzymał się - ewidentnie znowu skołowany. - Niczego nie musisz sklejać. Nie podobał mi się ten bukiet. Ani ten wazon. - Dodał zaraz, orientując się, że to przecież on był tu głównym bohaterem małej tragedii.