Wizyty w Snowdonii rządziły się swoimi prawami. Życie płynęło tu zdecydowanie wolniej, niemalże sielsko, rodzice Geraldine chętnie przyjmowali u siebie gości, potrafili o nich zadbać. Gerard bardzo lubił biesiadować, więc gdy ktokolwiek się tutaj zjawiał to sięgał po swoje zapasy trunków, którymi raczył odwiedzających. To rzadko kiedy kończyło się dobrze. Mało kto był w stanie dotrzymać mu kroku, jeślu chodzi o spożywanie trunków, sama Geraldine miała z tym ogromny problem, chociaż bywała tutaj przecież dosyć często i została wychowana w tym domu. Niestety pod tym względem nie była w stanie doścignąć ojca, może kiedyś jeszcze uda jej się wprawić.
Najgorsze było to, że mieszkańcy tego miejsca na drugi dzień wydawali się być zawsze zupełnie nie poruszeni tym, co działo się wieczorem. Jakby górskie powietrze powodowało, że zupełnie nie dotyczyły ich konsekwencje tego, co w siebie wlewali. Budzili się wcześnie rano i liczyli na to, że goście będą im dorównywać kroku w codziennych czynnościach - to wcale nie było takie proste, zwłaszcza z ogromnym bólem głowy, wrażeniem, że słońce głośno świeci i całą resztą następstw spowodowanych spożywaniem zbyt dużej ilości trunków.
Niestety trudno było im odmówić, bo nie przyjmowali sprzeciwu, właśnie dlatego lepiej było omijać to miejsce szerokim łukiem, bo powrót do rzeczywistości potrafił zajmować tydzień lekką ręką. Sama Geraldine pojawiała się tutaj raczej sporadycznie, bo bała się, że utknie w Walli na dłużej.
Nie przeszkadzało jej to, że Roise wykręcał się od wizyt w tym miejscu, zauważała to, chociaż jego argumenty były całkiem trafne. Jej rodzice mieli świadomość, że jest on dosyć mocno zapracowany, nigdy więc nie naciskali jakoś specjalnie na to, aby pojawiali się tu częściej. Zresztą byli dorośli, mieli swoje życia, Gerard i Jen to rozumieli. Od czasu do czasu jednak musieli się pojawić w Snowdonii, żeby nie było, że zupełnie zapomnieli o tym, że Yaxleyówna ma tutaj rodzinę.
Dzisiaj nie planowali zostawać tu dłużej, niż to było konieczne. Wystarczyło, że odbębnią ten nieszczęsny obiad i będą mogli się stąd zwinąć i znaleźć się w Whitby. Odliczała do tego momentu, nie mogła się doczekać, kiedy znowu znajdą się w domu.
Roise nie był szczególnie rozmowny. Geraldine wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Jak nic koń mu się nie spodobał, tylko dlaczego? Nie takie straszne, szczególnie w porównaniu do tych bestii, na które przyszło jej polować. Konie nie robiły na niej żadnego wrażenia, najwyraźniej jej chłopak miał na ten temat nieco inne zdanie, czego musiała się domyślać, bo póki co nie powiedział na ten temat ani słowa.
Koń się wycofał, zniknął między drzewami. Powinna była zawiadomić stajennego, że wypadałoby, aby odprowadził go do stajni, tyle, że nadal nie do końca była pewna, czy powinna się stąd ruszyć, bo postawa Ambroisa wcale nie świadczyła o tym, że wszystko z nim było w dobrze.
- Jesteś pewien? Nie wyglądasz, jakby było w porządku. - Cóż, nie zamierzała ukrywać tego, że nie wyłapała zmiany w jego zachowaniu. Jeszcze przed chwilą wydawał się być w wyśmienitym nastroju, a teraz, cóż, wręcz przeciwnie.
- Czy ty boisz się koni? - Cóż, to było jedyne, co zmieniło się w ich otoczeniu. Pojawiło się zwierzę, wyszło z krzaków, próbowało zwrócić na siebie ich uwagę, a później zniknęło. Nie wydawało się, żeby mógł być inny powód zmiany jego zachowania.
Nigdy nie wspominał jej o tym, że są zwierzęta, które wzbudzają w nim lęk, swoją drogą dlaczego były to właśnie konie? Naprawdę z lekkością byłaby w stanie znaleźć stworzenia, które były dużo straszniejsze i faktycznie mógły przynosić koszmary, ale koń? Nie do końca rozumiała co w nim było takiego strasznego.
- Wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim, prawda? - Tak, próbowała nieco rozwiązać mu język, bo chciała usłyszeć wprost, co właściwie się wydarzyło, mogło jej to pomóc unikać sytuacji, które mogłyby powodować u niego dyskomfort w przyszłości. Nie chciała, żeby czuł się nieswojo, kiedy się tutaj pojawiali, zresztą nie tylko tutaj, dobrze byłoby, aby zdawała sobie sprawę o tym, co wzbudzało w nim niepokój.