Vincent przyglądał się jej uważnie. Od lat tonął w jej oczach, jej zapachu i głosie, ale zawsze brakowało mu odwagi, aby zrobić ten krok do przodu, gdy strąciła jego rękę spodziewał się tego więc splótł dłonie za swoimi plecami. Jej brązowe oczy przyciągały go jak nigdy. Miał wrażenie, że to nie była jego Brenna, ale nie mógł się powstrzymać od patrzenia się na nią. Nie była tak bardzo zdystansowana jak kilka dni temu, nie unikała patrzenia w jego oczy, była zacięta bardziej, albo były to jego urojenia i za chwilę obudzi się w swoim mieszkaniu zalany potem i uczuciem pochłaniającej go paniki. Tyle lat i tak mało odwagi, aby zrobić cokolwiek innego niż wpatrywanie się w nią jak w obrazek.
Jej słowa docierały do niego jak zza grubej szyby, słyszał jedynie bicie własnego serca, które zapierdalało jak mugolskie samochody na ulicy. Dzisiaj nici z drinka, dzisiaj nici z wycieczki. Wiedział, że to pora odpuścić, ale nie mógł się ruszyć. W końcu wrócił do żywych i złapał jej podbródek, bez żadnych słów delikatnie musnął jej usta odsunął się i poszedł w kierunku drzwi sztywny bardziej niż zwykle.
– Cześć – rzucił i zatrzasnął za sobą drzwi zbiegając na dół i wybiegając na zatłoczone mugolskie ulicy. Serce nadal mu zapierdalało, a ciało oblało się zimnych potem. Bał się, że zrobił błąd, a Longbottom z góry rzuci na niego jakąś klątwę.