Nie była zachwycona tym, że pozwolili na to, żeby ich dom zamienił się w ruinę, czego innego jednak mogła oczekiwać, skoro tak łatwo przyszło im porzucenie siebie, to i z tym nie mieli większego problemu. Nikt się tutaj nie pojawiał, to miejsce stało się opuszczoną chatą, która straszyła nad samym brzegiem morza. Właściwie to była namacalnym dowodem na ich klęskę. Przykro się na to spoglądało, ale nie chciała się tutaj pojawiać bez niego. Nie potrafiła. To było za bardzo bolesne, nie umiała sobie wyobrazić siebie samej w tym miejscu. Tak po prostu. Wszędzie indziej tak, ale nie tutaj. To miało pozostać na zawsze tylko i wyłącznie ich domem.
Mieli z nim związane wiele wspomnień, spędzili tutaj kilka lat, spontaniczna decyzja, którą podjęli na samym początku znajomości doprowadziła ich do tego, że zaczęli budować tutaj swój własny dom, ten, który należał tylko i wyłącznie do nich. Od samego początku robili to wspólnie. Jakże mogłaby w ogóle teraz poczuć, że należy tylko do niej. Czuła, że jest to niewłaściwe. Zresztą, kiedy znalazła dokumenty, które zostawił w Piaskownicy dotarło do niej, że faktycznie nie ma już co zbierać, nie zostanie po nich nic, nic miało ich więcej nie łączyć. Była to dosyć brutalna prawda, z którą chyba powinna zacząć się oswajać. Nie było dla nich nadziei, nie było przyszłości, pozostały tylko wspomnienia. Może piękne, ale co z tego, skoro już cała reszta nie miała znaczenia.
Zastanawiała się, jak duży wpływ na to, co się między nimi wydarzyło miało to, co aktualnie działo się na świecie. Konflikt przybrał na sile, chcąc nie chcąc zaczął dotyczyć wszystkich czarodziejów, nie miała pojęcia, czy jemu nadal udaje się trzymać od wszystkiego z daleka, czy w końcu któraś ze stron sięgnęła po umiejętności, którymi mógł ich wesprzeć. Może jak ona, nadal szukał swojego miejsca na świeci. Cóż, razem byłoby im łatwiej, zdecydowanie, zawsze było łatwiej i lepiej. Samotność nie była przyjemna. Szczególnie, że to beznadziejne uczucie atakowało w najmniej odpowiednim momencie, kiedy faktycznie czuła się nic warta. Nie do końca do tego przywykła, przez wiele lat nie przecież zupełnie nie odczuwała czegoś takiego. Nie przywykła do tego chłodu, który pojawił się w jej życiu.
Teraz przez krótką chwilę mogła wrócić do tego, co straciła. Coraz bardziej do niej docierało to, że ta strata była jeszcze bardziej odczuwalna, niż jej się wydawało. Żyła nadzieją, że być może kiedyś wrócą do tego, co mieli, chociaż powoli gasła, z racji na mijający czas. To, co połączyło ich teraz sugerowało jej, że wcale tak nie było, czas nie miał tutaj znaczenia, nie, kiedy zostali sobie przeznaczeni. Nic tego nie zmieni, zawsze będą należeć do siebie, a skoro wybrali życie, w którym każde z nich idzie samotnie, to nigdy więcej nie będą szczęśliwi. Musiała się z tym pogodzić. Nikt inny nie potrafił w niej wzbudzić takich uczuć, takiego pożądania, przy nikim nie czuła się tak właściwie, zresztą kiedy szukała ukojenia w obcych ramionach, to nigdy nie równało się temu, co on jej dawał. Nie udało jej się tego przy sobie utrzymać, nic nie trwało wiecznie, czy na zawsze, powinna się z tym chyba zwyczajnie pogodzić. Z drugiej strony, może to, że się tutaj znaleźli miało wzbudzić w niej jakąkolwiek wolę walki, bo przecież on też jej nie odrzucał, musiało być w tym coś więcej, niżeli chwilowa zachcianka. Może po tej wygranej w jaskini, powinna też spróbować ułożyć sobie życie na innych płaszczyznach. Nie miała pojęcia co właściwie zamierzała z tym zrobić, czy w ogóle warto było myśleć o jakichkolwiek próbach, bo co jeśli to siedziało to tylko w jej głowie, jeśli on faktycznie jej nie potrzebował, czy byłaby w stanie znieść taką myśl? Najpewniej nie. Najpewniej wtedy dopiero poczułaby się stracona. Tak to mogła żyć jakąś złudną nadzieją, że może kiedyś coś się zmieni, że może spróbują wrócić do tego co mieli, tyle, że przecież nie raz udowadniali, że mieli problem z mówieniem o tym, czego oczekują. Krążyli wokół siebie zamiast powiedzieć wprost o tym wszystkim, co działo się między nimi, bo bali się odrzucenia. Nie powinna powtarzać tych samych błędów, ale to wydawało jej się właściwsze, szczególnie po tym, jak postanowił z niej zrezygnować. Nie chciała wychodzić na desperatkę, chociaż była temu bardzo bliska.
Zresztą, czy to, co teraz z nim robiła nie było aktem desperacji? Korzystała z chwili, która została im dana zupełnie przypadkiem przez los, chciała z niej wyciągnąć jak najwięcej, by wrócić chociaż na moment do tego, co kiedyś mieli. Zapewne później ciężko będzie jej spojrzeć sobie w oczy, ale teraz, teraz zupełnie się tym nie przejmowała. Nie, kiedy mogli być tak blisko siebie, ponownie zatopić się w swoich objęciach, przepaść w swojej obecności.
Kiedy jej dłonie powoli przesuwały się po jego ciele poczuła pod opuszkami palców nowe blizny, miała wrażenie, że pojawiło ich się sporo. Czy w przeciągu ostatniego roku, aż tyle razy znajdował się w niebezpieczeństwie, jak blisko śmierci wylądował? Nie powinna o to pytać, to nie była jej sprawa, nie odzywała się więc nadal, zresztą usta miała zamknięte, bo nie przestawała go całować. Zdawała sobie sprawę z tego, że mieli tendencje do autodestrukcji ona i on, podejmowali często irracjonalne decyzje, zmieniło się to dopiero wtedy, kiedy mieli dla kogo żyć, teraz najwyraźniej powrócili do starych nawyków. Robiła to samo, przestała przejmować się czymkolwiek, bo to nie miało żadnego sensu, nic nie było jej teraz w stanie zatrzymać. Wolałaby, aby on nie postępował w ten sposób, nie chciałby kiedyś dowiedzieć się, że ktoś go zabił, że odszedł, że przepadł, przecież nawet nie wiedziałaby, że musi go szukać, bo nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Serce by jej pękło po raz kolejny, gdyby coś mu się stało. Nie zamierzała udawać, że tak by nie było. Nadal Roise był dla niej wyjątkowy, mimo tego, że już nie spędzali ze sobą każdej wolnej chwili, mimo, że praktycznie w ogóle ze sobą nie rozmawiali, nadal miał specjalne miejsce w jej dosyć mocno poturbowanym sercu. Mimo tego, co jej zrobił, mimo tego, że ją zostawił, to nie wystarczało, aby w pełni pozbyć się troski o niego, zawsze będzie dla niej ważny, czy mu się to podobało, czy nie.
Chciałaby ponownie znaleźć się w jego życiu, bardzo by chciała, żeby ją wpuścił, bo ta krótka chwila, w której właśnie trwali przyniosła jej ukojenie, miała świadomość, że kiedyś miała to na co dzień, teraz pewnie szybko nie poczuje takiego spokoju. Nic sobie nie obiecywali, nic nie mówili, był to tylko chwilowy powrót do tego, co kiedyś mieli. Sentymenty, które uderzyły w nich po tym, jak znaleźli się w zagrożeniu, kiedy mogli stracić życia. Brakowało w tym zachowaniu rozsądku, ale rozsądek nigdy nie był jej drogowskazem. Wiedziała, że ucierpi, on być może też, to na pewno przyniesie jakieś piętno, musiało, bo przecież przez ponad rok potrafili trzymać się od siebie z daleka, a przynajmniej udawali, że tak jest. Teraz pewnie Ambroise zorientuje się, że nigdy nie stał się jej obojętny, może to była jej słabość, może on był jej słabością, to było prawdopodobne.
Pożegnanie nadejdzie dzisiaj, to nie był nowy początek, musiała się z tym pogodzić i była gotowa przyjąć te konsekwencje, aby móc chociaż przez te kilka minut skorzystać z tego, że nadażył się moment w którym znowu mogła się zapomnieć. Przestać przejmować się teraźniejszością, wrócić do tego, co kiedyś było oczywiste. Zresztą ich ciała wyraźnie za sobą tęskniły, każdy, najdroniejszy gest o tym świadczył, nie mogli temu zaprzeczyć. Próbowali walczyć z czymś, co przygotował dla nich los, czy w ogóle kiedykolwiek mieli prawo się temu przeciwstawiać, przecież nie przyniosło to nic więcej niż tylko ruiny. Nie było im lepiej w samotności, to znaczy jej, ona nie umiała się odnaleźć na świecie w pojedynkę, nie mogła mieć pewności, że on również zaczął błądzić, chociaż te blizny, rany, które wyczuwała pod palcami wydawały jej się świadczyć o tym samym.
Zareagowała odruchowo, chciała być jego pocieszniem, chciała, żeby nadal traktował ją jak kiedyś, nigdy nie zależało jej na tym, aby go od siebie odepchnąć. Potrzebowała Ambroisa w swoim życiu, wszystko co teraz robiła tylko to potwierdzało. Zależało jej na tym, aby czuł się z nią teraz jak kiedyś, aby wróciło to, co mieli. Nawet jeśli miałoby to potrwać kilka minut i znowu wprowadzić chaos do jej życia. Wiedziała, że będzie się nad tym zastanawiać, że nie da jej to spokoju, że znowu nie będzie potrafiła przestać o nim myśleć. Trudno, to nie było istotne.
Pozbawił ją w końcu ostatniego skrawka materiału, który jeszcze stanowił między nimi jakąkolwiek granicę. Przestały istnieć, znowu, mogli ponownie się sobą napawać, w każdym calu. Zbliżyć tak, jak kiedyś, jakby nic się nie zmieniło, bo czy właściwie zmieniło się cokolwiek poza tym, że gdzieś się zgubili, że zniknęli na trochę ze swojeog życia. Byli innymi ludźmi, ale czy, aż tak bardzo, że nie mogli wrócić do tego, co mieli kiedyś. Nie, Geraldine nie miała najmniejszego problemu z tym, żeby znowu rzucić się w tę głębię, chciała w nim utonąć, nawet jeśli miałby to być ostatni raz. Nie musieli nic mówić, wracać do tego, przejmować się konsekwencjami. To nie było ważne, nie kiedy znowu mogła chociaż przez chwilę być szczęśliwą.